Warsztaty enduro + surv + nav mała relacja :)

Był plan na wypad enduro z free warsztatami nawigacyjnymi + survival. Podaliśmy datę itd… ale jak to w życiu MIE zazwyczaj bywa nikt nie chciał do nas dołączyć :) Napisaliśmy też, że wszystko odbędzie się bez względu na pogodę… No i tu był haczyk, bo jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć też B. Spojrzeć prosto w oczy lenistwu, wygodzie, zdrowemu rozsądkowi i innym sprawom, które opisują mniej więcej homo sapiens :)

Dobrze się stało, że nikt się nie zameldował bo byśmy mieli tylko dodatkowy problem  na głowie :)

Po kolei.

Jest godzina 15.00 więc zgodnie z planem czas ruszać. To, że nikt się do nas nie dołączył dało nam luzik z punktualnością, bo wystarczyło się dopasować do siebie, a nie do wszystkich. A ja znam Swenowe ograniczenia w dwóch postaciach, więc tu problemu nie było.

O 16.00 byłem u Swena w garażu.  Żeby do niego dojechać musiałem zrobić jakieś 20 km. Już po zmroku i w ulewnym deszczu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie zadałem sobie trudu żeby sprawdzić jak bardzo pada zanim ruszyłem. Po ok 1km od domu moja kurtka i spodnie były całkowicie przemoczone. Musiałem się zatrzymać i założyć coś przeciwdeszczowego. Szczęście, że w ostatniej chwili zabrałem ze sobą zwykły sztormiak w kultowym kolorze pomarańczy.

Od tego czasu już się kisiłem we własnym mokrym sosie :) W zasadzie to coś mnie tknęło, żeby go zabrać bo nigdy tego nie robię. To chyba jest ten 6 zmysł zwany instynktem. bo skoro nie wczytywałem się w pogodę i nie przyglądałem się temu co się dziej na zewnątrz no to skąd ten sprzęt się wziął w moim worze?

Swen czekał na mnie jak na zbawienie, ale jak mówił, z  nutą nadziei, że może nie przyjadę, albo żeby odpuścić, ale z drugiej strony pewnie modlił się, żebym tylko nie zapomniał kurki jaką mu obiecałem. Dlaczego to będzie o tym w następnym poście…

Plan był taki, że jedziemy w stronę Białego Boru i tak też zrobiliśmy. Wbiliśmy w odbiorniki GPS miejsce docelowe plus ograniczenia podróży, tak żeby było ciekawie i off asfaltowo no i ruszyliśmy.

Lało jak z cebra cały czas. Po może jednej godzinie jazdy zatrzymaliśmy się, a dodam, że za daleko nie odjechaliśmy ponieważ nasza prędkość oscylowała około 35km na godzinę. Dlaczego? Bo było ciemno i ślisko jak fix, dodatkowo widoczność bardzo ograniczały parujące i ociekające wodą oksy… Jak zdejmowałem okulary to mi oczy zamarzały od czynnika chłodzącego wiatru a jak je zakładałem to nic nie przez nie, nie widziałem tak więc tak źle i tak nie dobrze :P

Żeby tylko trochę podkręcić temat warunków pogodowych dodam tutaj, że na samym początku wycieczki Swen podjechał zatankować Ścierko i na stacji benzynowej termometr około godziny 17.00 pokazywał temperaturę +4 stopnie Celsjusza, a im dalej w noc, tym temperatura chyba spadała. Na pewno przymrozków tej nocy nie było bo byśmy to zanotowali w postaci lodu gdzie tylko by się dało no bo wszystko było mokre.

KTM 640 Advenure jest na Mitasach E9 czyli oponach enduro do wszystkiego. Jak coś jest do wszystkiego w enduro to oznacza, że nadaje się tylko na szutry.  Po kilkunastu kilometrach walki na napompowanych oponach i ślizganiu po błocie bez żadnej kontroli przyszedł czas nas zwykłe spuszczenie powietrza po to, żeby te dziadowskie opony dostały chociaż trochę przyczepności. Oczywiście że pomogło, ale nadal szału nie było:)

W którymś momencie na trasie stwierdziliśmy że cel wyprawy nie był dla nas tak naprawdę ważny bo on był przygotowany pod warsztaty w sensie stricte i po co mamy tam jechać na siłę skoro nie o to w tym wszystkim chodzi.

Zmieniliśmy kierunek po prostu gdzieś na Kaszuby byle było ciekawie i bez napinki.

Tak jechaliśmy na SSW aż ok. 20.00 doszliśmy do wniosku że czas poszukać jakiegoś noclegu. Sprawa jest taka, że noclegu nie szuka się po zmroku bo to bez sensu i zawsze wychodzą jakieś niespodzianki nad ranem jak jasność pokazuje gdzie się rozbiło obóz. Tak czy siak my już mieliśmy swój mały, krótki extreme.

Wjechaliśmy w jakiś mały zagajnik i zeszliśmy z moto żeby poszukać spania. Na parę sprawa trzeba zwrócić uwagę żeby było gut i dlatego tak sobie w ciemności chodziliśmy chwile i rozważaliśmy za i przeciw. W końcu oboje przytaknęliśmy sobie, że tu będzie wpożo, ale powstał mały problem. Nasze motocykle stoją sobie gdzieś i jak opuścimy to miejsce to już do niego nie wrócimy, bo ciemno jak diabli. Tu w potrzebie przyszło światło chemiczne. Nic nie waży, a potrafi się przydać. Z Tool Baga wyciągnąłem jedno i odpaliłem, żeby oznaczyć sobie miejsce. Jakie to proste, ale jak się ma je ze sobą. Może posłużyć jako oświetlenie jak się coś naprawia, działa paręnaście godzin i dzięki swojskiej  luminescencji jest odpowiednio widoczne w terenie w razie oznaczenia miejsca np. miejsca wypadku itp…

Wróciliśmy z moto i Swen od razu zaczął budować jakieś schronienie. Mówię, stary najpierw ogień potem reszta… :)

No i zabraliśmy się do rozpalenia ognia. Żeby nie było cały czas leje deszcze jak by się nie miał skończyć. Swen coś bąkną, że podobno ma się skończyć koło 21.00. Jak się później okazało skończył się ulewny deszcz koło 23.00 i już tylko mżyło, żeby potem wilgoć wszędzie panująca przerodziła się nad ranem w gęsta mgłę.

I teraz znowu dwie ciekawostki.  Swen mówi: mam nadzieję, że zabrałeś swoja piłę na co ja odparłem mam nadzieję, że zabrałeś swój nóż :)

Sprawa jest taka, że jak się ma jakiegoś multitoola to ma się nóż ale praca tym jest super niewygodna i nieefektywna chyba że jest on duży, ale takie to już nie są fajnie poręcznie na co dzień. Żeby nie było, że idziemy na łatwiznę ja nie zabrałem swojego noża, którym mogę wykonać wszystkie prace szybko i sprawnie. Jeśli Swen by nie zabrał swojego, to byśmy musieli bardziej kombinować. No nic, Swen miał kozik, a ja miałem piłkę do drewna.

Teraz ciekawostka na którą może zwróciliście uwagę jak dodałem do zakładki Tool Bag sprzęt Klausa Sørensen’s tego Track Mastera z Redbull Romaniacs. On miał tam w swoim zestawie piłkę. Taka piłka znowu nic nie waży, a może dużo zdziałać. Po pierwsze jak gdzieś utkniemy to sobie możemy utorować drogę szybko i sprawnie wycinając przeszkody. No i druga sprawa to bardzo szybko dzięki temu narzędziu można przygotować podstawę do rozpalenia ognia czyli pókiel jak marzenie :)

Jak to w zgranym i dotartym teamie bywa Swen zabrał się za szukanie drobizny na opał, a ja zacząłem szukać dużego badziewia, które może trzeba będzie dodać żeby utrzymać ogień w nocy. Od razu zaznaczam, że o czymkolwiek suchym można było zapomnieć co chyba zresztą widać na zdjęciach.

Żeby było jasne nie ścinaliśmy ani okaleczaliśmy żadnych drzew!!!  Jak ktoś chce się dowiedzieć dlaczego i po co to zapraszamy na nasze warsztaty :P

Tak więc w końcu rozpaliliśmy ogień przy użyciu krzesiwa, a nie zapałek czy zapalniczki i nawet specjalnie trudne to to nie było przy czym schody dopiero się zaczynały. Nie mogliśmy znaleźć nic co by się dobrze paliło, a to co było dostępne wymagało stałego podsycania. Dlaczego używamy krzesiwa, a nie zapalniczkę czy zapałki to też zapraszamy na nasze warsztaty :P

Skoro mieliśmy już milutko przyszedł czas na szamanie czegoś na ciepło. W trakcie gdy szukałem drewna gdzieś w kąciku pod drzewem leżała sobie wojskowa Ska i chemicznym podgrzewaczem robiła mi dobrze kurczakiem z czymś tam. Mało pracy, a ile radości? Metoda KISS zawsze działa :P

Przyszedł czas nad zbudowanie jakiegoś schronienia. Tu też byliśmy przygotowani bo ja na nocki w lesie wożę ponczo/tarp, a Swen jakąś płachtę budowlaną co też zdaje swoje zadanie tyle że jest dużo cięższe i zajmuje zdecydowanie więcej miejsca. Żeby nie było, jak by tego nie było to też dalibyśmy rade bo w naszych zasobnikach mamy zawsze folie NRC która może być użyta jako zadaszenie/ekran cieplny.

Zasnęliśmy grubo po 23.00 w śpiworach. Każdy w swoim, żeby nie było. Ale w razie W… Czytałem kiedyś fajną książkę „Piosenka Żołnierza”  Kena Łukowiaka i tam była wstawka  o tym jak żołnierze podczas operacji na Falklandach walczyli zespołowo z zimnem wkładając sobie nawzajem stopy pod pachy tak, żeby nie odmarzły. Mówimy tu o extremalnym działaniu po to, żeby przetrwać jakoś warunki w jakim się znaleźliśmy.

Tutaj zapomniałem dodać, że jak wyciągałem śpiwór z Saddle Bag Giant Loop Coyote to zobaczyłem że sakwa dostała wodę i już jej nie wypuściła. Właśnie sprawdziłem dlaczego na stronie producenta jest napisane 100% water proof tyle że nowe coyoty mają „Includes set of 3 roll-top 100% waterproof fitted Dry Pod lines” Tak coś czułem że to nie może być gucio w 100%. No nic lesons learned. Spanie w mokrym śpiworze uczy bardzo wiele i zmienia przyszłość :)

Jakoś bardzo źle nie było, Swen musiał ubrać się we wszystko co miał żeby nie zamarznąć w swoim RECON -5⁰C comfort śpiworze :P tyle że on jak pracowita mrówka wszystko dosuszył zanim poszedł spać a ognisko dogasło, a ja, żeby nie marznąć w mokrych rzeczach, zdjąłem wszystko i na lenia wrzuciłem do worka żeby nie zamokło bardziej :) i zapodałem w kimono w śpiworze komfort pewnie +5 ⁰C i można powiedzieć, że się wyspałem bo jakoś szczególnie nie dygotałem tej samotnej nocy w lesie :). Problem pojawił się jak miałem nad ranem przyodziać się w te mokre szmaty, ale to laska, byłem na to przygotowany psychicznie :)

Zabraliśmy graty no i przyszło do pakowania. W moim Coyocie był zbiornik wody. Pewnie przeciekało w miejscu gdzie kończy się zamek . Co zrobić wylałem wodę graty zapakowałem do worka foliowego i popakowałem się szybko. Zaniepokoiłem się tylko trochę bo mój odbiornik GPSmap 60csx który jest, a teraz już był, super extra bomba szał dostał wilgoć pod wyświetlacz. Sprawdziłem działo wszystko, więc laska z tym w tamtym momencie. Zdarza się w rzeczach nabytych droga kupna.

Ruszyliśmy w drogę powrotną i przez przypadek pojechaliśmy drogą o niebo cięższą do tej, którą dojechaliśmy na biwak poprzedniej nocy. Przez noc tyle napadało, że kałuże na leśnych trasach potrafiły sięgać 50cm. Ja tu przypominam że jechałem KTM 640 Adventure co nie waży 100kg tylko 170kg. Każda nierówność plus gówniane opony prowadziły do tego, że moto wślizgiwało się w dziurę. Lipa Panie, ale co zrobić tak daleko zajechaliśmy, że odwrotu nie było i trzeba było brnąć dalej, aż się uda wyjechać dziś na coś utwardzonego chociaż trochę :)

Wróciliśmy do domów następnego dnia koło południa i teraz tak…

Podsumowując…

Rozpalanie ognia nie było trudna sprawą pomimo tego, że lało i wszystko było mokre, ale utrzymanie ognia było nie lada wyczynem i po ok 3h walki poddaliśmy się i poszliśmy spać, nie bacząc na to, że po godzinie nie będzie już z nami boskiego podarku od Prometeusza. W realnej sytuacji zagrożenia na zmianę jeden by spał, a drugi robił wszystko, żeby ten ogień utrzymać. A co by było, gdybyśmy byli sami?

Dodam tutaj, że choć mieliśmy paliwo w zbiornikach, którego można było trochę dodać, żeby przyspieszyć sprawę rozpalenia nie użyliśmy go, choć bardzo kusiło. Po prostu po co oszukiwać samego siebie.

Zawsze to jakiś plan B z tym, że i tak za dużo by nie pomógł, bo paliwo szybko się wypala, a drewno było tak przemoczone, że i tak by się od tego nie rozpaliło.

W miejscu, w którym się położyliśmy nie było leśnego supermarketu z drewnem, a to co było nie dawało nam luziku w sztuce rozpalania.

Giant Loop Coyot wpuścił wodę i już jej nie wypuścił.

Garmin GPSmap60csx wpuścił wodę i się zawiesił. (o tym będzie kiedy indziej)

Na każdy wypad dobrze być przygotowanym sprzętowo, umiejętnościowo i co najważniejsze mentalnie.

Sztormiak w kolorze pomarańczy dał rade :)

Jeszcze jedna sprawa która chciał bym się podzielić odnośnie przemakania tudzież jego braku. Jest wiele rozważań na temat nie przemakalności butów enduro i tak, ja uważam że nie ma nie przemakalnych butów bo jak są nie przemakalne to też nie oddychają itd.… No i nie przemakają tylko gumiaki znaczy kalosze albo HUNTER rubber boots :)

No i teraz ja miałem założone goretexowe skarpety sealskinz i buty Alpinestar Tech7 a Swen miał tylko swoje enduro buty SIDI. Na samym początku poczułem ze mam mokro i jakoś dziwnie zimno na stopach.

Przez parę godzin miałem poważną zagwozdkę z tym przemakaniem ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Przed wejściem do śpiwora przyszedł czas na rozwiązanie zagadki.

Swen mi zamanifestował, że jego buty nie przemokły, choć nie wiem jak to możliwe przy tym deszczu i ilości wody, jaka przyjęły a moje goretexowo skarpetkowe rozwiązanie sprawdziło się połowicznie. Buty były pełne wody i skarpety były mokre, ale tylko na zewnątrz. Stopy były suche pomijać fakt delikatnej wilgotności, które wyemitowało same ciało. Po prostu przez cały czas czułem chlupot wody w butach i zimno bo już prawie nic mnie nie izolowało od niskiej temperatury. Rozwiązaniem są jakieś dodatkowe skarpety na stopę żeby się trochę odizolować od otoczenia i będzie gucio na jesienno zimowe endurzenie gdzie nie ma kiedy wysuszyć butów.

A jeszcze jedno było zimno i łapy przemoczone grabiały więc odpaliłem chemiczny ogrzewacz dłoni, żeby sobie zrobić dobrze. Taka myśli mi przeszła przez głowę że podczas jazdy włożę to pod rękawiczki żeby mi ręce tak nie grabiły. Ale po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu zrezygnowałem z tej kreatywnej idei. Dlaczego? Ponieważ jechałem w neoprenowych rękawiczkach które były tak mokre jak bym właśnie wyszedł z wody. Tam było napisane żeby nie przykładać ich bezpośrednio do ciała a ja właśnie miałem idee by je tam położyć pod mokrą rękawiczką i rozcierać je na manetkach :) Kiepsko mogło by się to skończyć. Generalnie te ogrzewacze trochę działają, ale jakoś szału to one na mnie nie zrobiły :)

Jak widać na załączonych przykładach nie ma lepszego testu sprzętu niż takie akcie w wersji life :)

Pamiętacie taki film Motosyberia? Dochodzę do wniosku, że chłopaki tam byli ze stali. motosyberia_logoBo widząc pogodę, jaką mieli na Syberii  i to, że jechali na KTM 640 Adventure heavy beast caralio to pokazali, że nie są zwykłymi zjadaczami chleba i uczyć to się trzeba od najlepszych, czyli od nich…

Tak, więc takie sobie sprawy robimy w czasie wolnym. Jeśli ktoś chciałby dołączyć by spróbować, zmierzyć się z problemem może czegoś nauczyć albo po prostu dołączyć żeby nie było nudo lub wnieść coś nowego to zapraszamy do kontaktu z nami. Chodzi o to, że Enuduro to jedno a cała reszta to drugie, ale jedno z drugim się nie wyklucza a nawet ściśle ze sobą współgra…

Taka wrzuta dająca nam do myślenia ale nie zniechęcająca. Przed samym wyjazdem Zxx powiedział tak: W 3mieście nie znajdziesz ludzi na jeżdżenie enduro (wiadomo o co chodzi w porównaniu z południem polski) a co dopiero na wjazd enduro ze spaniem w deszczu pod gołym niebem… Pewnie ma racje ale ja wychodze z założenia…szukajcie a znajdziecie… W końcu w ten sam sposób poznałem Zxxa i Swena i Maca i innych cool bomba szał enduro zapaleńców :)

(Visited 710 times, 1 visits today)
Husquarna 701 enduro

9 komentarzy

Napisz komentarz