Tak było na Historycznie zacnej enduro trasie

Po kolei i to w telegraficznym skrócie o Historycznie zacnej enduro trasie…
Zaczęło się od pomysłu takiego co męczy i z głowy wyjść nie chce. Jak się nie ma czasu to nawet takie małe 3 dni wymagają super planowania…
Początkowo pomysł był tylko na to, żeby zobaczyć Elbląg Canal, ale przeglądając mapy wyszło na to, że inne miejsca są całkiem blisko a co za tym idzie to, czemu nie pociągnąć tematu bardziej ambitnie.

Jak to zazwyczaj dodałem info tu i tam gdzie ludzie mają podobny kierunek zainteresowania i zacząłem planować dokładnie „którędy”

Są dwie sprawy, które mnie dziwią za każdym razem jak coś wchodzi na tapetę. Czemu nawet pomimo 2-miesięcznego terminu noticu i tak odzew jest znikomo mały. Z drugiej jednak strony to zaczynam coraz bardziej się przekonywać do wypadów Sam Solo.
Nawet dwa dni, ale częściej i bez napinki czasowej oraz presji otoczenia.

Ot, tak dla przyjemności zgodnie z regułą dawać i się prosić to za dużo :P

Wróćmy do tego, co już było i nie wróci…

Dzień pierwszy:

Wyjazd o 0900 dwóch zawodników gotowych a tu nagle SMS, że „ja czekam” :) Ogień dzida i po paru chwilach już jest nas trzech. Z tym że Kuba jechał na jeden dzień tylko z przyczyn wyższych i nie do zmienienia.

Dzień wcześniej u mnie w garażu wylądowała Honda CRF250X i padło sakramentalne pytanie olej na dolewki masz? Sakramentalna odpowiedź „ona nie bierze oleju” A jest na mousach czy masz coś do łatania gum? „Od sześciu lat nie złapałem żadnej gumy i mam heavy duty dętki więc…”

Jak się bardzo szybko okazało życie zweryfikowało te wypowiedzi… Nawet za szybko prawdę mówiąc, bo na 13 km trasy już mieliśmy złapanego pierwszego kapcia.

Od razu zabraliśmy się do zmiany i tu nie obyło się bez zongów. Ja na tarczy przeciąłem sobie dość głęboko palca a przy zakładaniu opony z powrotem pomimo ostrzeżeń, żeby uważać dętka została 2 razy łyżkami przyszczypnięta. Zasadniczo gdyby nie te dwie sprawy to wszystko by poszło sprawnie.

Po tym jak powietrze wchodziło, ale nie tam gdzie potrzeba padła szybka decyzja, żeby nie marnować więcej czasu i pojechać do jakiegoś pobliskiego wulkanizatora.

Znowu przygody ach przygody, ale w końcu udało się obrobić dziury, założyć koła i ruszyć dalej.

Trasa sobie spokojnie nas wiodła szutrami aż do Malborka i tam znowu złapaliśmy gumę. Jak się później okazało nasza łatka puszczała powietrze. Znowu obsuwa w czasie z 2h co bardzo jak się później okazało pokrzyżowało nam plany cięgle nas popędzając i goniąc na trasie.

Kuba za względu na czas musiał wracać więc dalej pojechaliśmy już sami. Decyzja zapadła, żeby trochę pogonić temat zjeżdżając z trasy bymy byliśy w polu a przejazd przez Żuławy przez nudne ukształtowanie terenu i to na dodatek pocięte wodnymi kanałami nie należał do najciekawszych.

Udało się dojechać do początku kanału, ale o takiej godzinie, że już nic się tam nie działo…

Przejechaliśmy zgodnie z planem wzdłuż kanału z wykonaniem ochów i achów przy każdej z pochylni. Zasadniczo ciekawy temat do zaliczenia, ale jakoś po renowacji chyba straciła ta konstrukcja na uroku :(

Już szarzało jak odbiliśmy dalej na południe w stronę pola Grunwaldu. Niestety przez gumy mieliśmy dużą obsuwę w czasie i po zmroku nie było sensu jechać dalej. Znaleźliśmy jakiś ciekawy zagajniczek i zaczęliśmy szukać spokojnego miejsca na nocleg. Tu się przydaje trochę doświadczenia tak, że np. najfajniejszym na pierwszy rzut oka miejscem było miejsce w pobliżu ziemi rozrytej przez dziki. Nie ma co się tam kłaść, bo po co w nocy mają być jakiś niespodzianki.

Druga sprawa to odpowiednie zadrzewienie i ukształtowanie terenu. Pierwsze dla pewnej ochrony intymności oraz dostarczania odpowiedniego paliwa na naturalne grzanie a druga sprawa to głupi jest np. cały czas zsuwać się w śpiworze na nierównym terenie albo jak zacznie padać, obudzić się w kałuży :)

No nic na zmęczonego szybko rozpaliliśmy ogień przy użyciu dostępnej rozpałki i krzesiwa, żeby było ciekawiej zapodaliśmy kiełbaskę na gorąco i szybko poszliśmy w kimono…

Dzień drugi:

Spanie w lesie nie jest spaniem spokojnym. Czujność trzeba zachować, żeby się nie zdziwić i to też dlatego następnego dnia wstaliśmy koło 0900, bo widać spanie na świerzym powietrzu nam dobrze zrobiło i tego było nam trzeba. Śniadanie, pakowanie i ognia dalej. Szybko znowu wjechaliśmy na wytyczoną trasę i już jak po sznurku dojechaliśmy do Grunwaldu. Trasa była naprawdę ciekawa. Niby nic, ale zawsze to coś w tym było, że michy nam się cieszyły.

Grunwald nas przywitał zaproszeniem do zapłaty 4PLN za parking plus mnóstwem atrakcji mających na celu zluzowanie nam miejsca w portfelach :) Niestety nie udało się im nas oskubać, bo walczyliśmy jak Jagiełło w 1410 :)

Naprawdę nudy jak fix nie zatrzymały nas tam na długo. Szybka przekąska wrzucona na ruszt i dalej ogień do następnego punktu a tak naprawdę to pierwszego naszego planowanego noclegu.

Po drodze mijaliśmy miejsca gdzie kręcą programy dla Discovery Channel takie jak  Gold Rush i Extreme Engineering i jeszcze okazało się, że jednak Honda bierze olej. Nie obyło się bez dolewki a jak się później okazało to nie jedynej na tej trasie :)

Że już było koło południa to zapodaliśmy sobie po obiadku. Ktoś nas uraczył gorącą wodą, żeby nie gotować samemu i już było fajnie. Ot, tak sobie posiedzieć na ławeczce w celu odpoczynku :)

Z ciekawostek historycznych to samo miejsce wizytował Prezydent Kwaśniewski z koleżanką Małżonką… :) A co…:)

Z godzinkę się tam pokrzątaliśmy i przyszedł czas ruszyć dalej. Znowu trasa wiodła różnymi wioskami i całkiem ciekawym szutrowo leśnym terenem. Żeby nie było za spokojnie gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie nagle zauważyłem, że klamka sprzęgła w moim ADV zaczyna się zapadać bez oporu. Zatrzymałem się, żeby sprawdzić co się dzieje. Nie zauważyłem żadnych wycieków, ale zanotowałem, że mi też olej zaczął z silnika znikać :( Sprzęgło wróciło do normy i ruszyliśmy dalej, ale nie na długo, bo parę kilometrów dalej sprzęgło zaniemogło całkowicie. Wykonałem telefon do przyjaciela w poszukiwaniu dobrej rady i wrzucając biegi metodą na prze gazowanie udało się dojechać do najbliższej stacji benzynowej tak z szutrowych 15 km. Otworzyłem zbiorniczek na płyn hydrauliczny i okazało się, że też jakimś cudem sobie wyparował. Kupiłem jedyny dostępny płyn… niestety hamulcowy i dolałem do równego poziomu. Sprzęgło się naprawiło. Oczywiście wiadome już było, że trzeba będzie wszystko potem przeczyścić itd… ale jak na razie nasz wypad się nie musiał zakończyć :)

W międzyczasie pogoda zaczynała się kiełbasić. Zachmurzyło się i zaczynał pokropywać deszcz. Zatrzymaliśmy się w jakimś malutkim sklepiku, żeby nabyć kiłabskę na ognicho i ruszyliśmy dalej. Nie ujechaliśmy za daleko i dzięki jakiemuś tam doświadczeniu w obserwacji chmur i towarzyszącym im zjawisk podjęliśmy decyzje, że to by było na dzisiaj na tyle i czas poszukać miejsce na nocleg, zanim będziemy musieli to robić w konkretnym deszczu.

Powiem tak, udało się czasowo wszystko idealnie. Znowu rozpaliliśmy ogień w pionierski sposób, ale jak już sobie padało. Ogień wiele zmienia w sprawie odbierania otoczenia. Jest ciepło, przyjemnie i jest poczucie bezpieczeństwa. Żeby było tak cały czas to ktoś musi czuwać nad ogniem a my już byliśmy trochę zmęczeni a na dodatek Mariusz spał w namiocie i prawdę mówiąc to na takie spanie to nawet nie ma co rozpalać ogniska, bo ono nic w tym nie zmienia. Ja za to pod gołym niebem zostałem sam, a że z natury wiem jak to się skończy i że ogień jest ważny dal mnie, ale nie aż tak to zjadłem kiełbaskę, ogień wygasł i poszedłem spać.

Dzień trzeci:

Całą noc padło, ale nad ranem deszcz wydaje mi się, że zmniejszył się na tyle, żeby spokojnie się spakować. Tutaj swoje też robiło udrzewienie, bo jak jest konkret to na głowę po prostu nie pada i jest gucio samo przez się. Nastał dzień 3 wyjazdu i tu już chyba wilgoć i temperatura dawała o sobie znać. Rano ręce zgrabiałe jakoś nie pracują tak jak powinny a trzeba pewne czynności wykonać… :)

Znowu ruszyliśmy dalej w kierunku Wilczego Szańca. Już wiedzieliśmy, że zostało mało czasu i będziemy musieli skrócić nasz wypad do tego punktu, a potem wracać już w kierunku domu.

Tak sobie jechaliśmy w kierunku Polski klasy B co jest naprawdę zacne, jeśli chodzi o enduro tereny i znowu się rozpadało, ale tak już na dobre. Ja wskoczyłem w sztormiak a Mariusz chyba długo będzie pamiętał ten przeszywający chłód tu i ówdzie :P

Co mnie po drodze wnerwiło do kwadratu to fakt opon enduro 50/50 on/off, o czym mowa? A no o tym, że te opony są dobre, ale jak nie ma błota. Jadąc jakąś polną drogą ślizgając się nie miłosiernie zaliczyłem glebę zatrzymując się na jedynym przy trasie drzewku. Szczęście, że prędkość była mała, bo mogło się to źle skończyć a zakładając, że byliśmy w polu to mogłoby być nie ciekawie. Suma summarum nie ma co kombinować i opony Mitas E09 będą ściągnięte najszybciej jak to się da… Tak jechałem sobie potem i myślałem jak to zrobili chłopaki z MOTOSYBERIA? Jak oni jechali na łysych oponach też nieprzeznaczonych specjalnie do błota Pirelli MT21 w terenie, który niestety był bardzo błotno kleisty? Jak pytam?

Dojechaliśmy na miejsce koło południa, przemoczeni i trochę zmarznięci. Nie było nam dane zwiedzać, bo nie było czasu i trzeba było zająć się poprawieniem gratów na sobie i przygotowaniem się do dalszej jazdy w deszczu. Suche skarpety gorotexowe to jest to co było mi potrzebne oraz ciepły posiłek na wzmocnienie. Opatrzyłem sobie odmoczone przecięcie na palcu, wylałem wodę z nieprzemakalnego giantloopa, wypiłem kawę i przepakowałem się odpowiednio na drogę powrotną.

Co do tego rogala to są dwie sprawy. Nauczony już doświdczeniem wszystko zapakowałem w worki wodoszczelne więc jakoś mnie to nie bolało, że dostał wodę, ale tutaj jak ktoś to czyta co robi oryginały albo kopiuje temat… Niech ten sprzęt wpuszcza wode, ale przez nabicie jakiejś przelotki na spodzie worka niech tą wodę wypuszcza. W ten sposób wilk syty i owca cała!!!

Wracając niestety deszcz nie dawał nam odetchnąć i niestety musieliśmy zjechać z zaplanowanej trasy. Nie dało się sprawnie jechać po polnych drogach, ponieważ opony w ogóle nie trzymały przyczepności. Ślizgaliśmy się bez żadnej kontroli co robiło się za bardzo niebezpiecznie. Staraliśmy się wjechać co chwile z powrotem na ślad, ale bez powodzenia do samego wieczoru. Tak tankując paliwo i marznąc odpowiednio zdołaliśmy zrobić z 400 km i szczęśliwie wrócić do domu.

Podsumowując wyjazd mam kilka ciekawych obserwacji, oczywiście pomijając parszywe opony :)

Po pierwsze 3 dni jest super wystarczające do tego, żeby sobie zasmakować przygodę i się dużo nauczyć.

Dla Mariusza to był pierwszy taki wyjazd a z tego, co powiedział nie będzie ostatnim, bo odkrył nowy sposób na wypełnienie wolnego czasu na moto. Zamiast agroturystykę itp to spanie pod gołym niebem w pięknych okolicznościach przyrody. Okazało się, że wszystko jest łatwe jak się jest do tego przygotowanym i wie, jak i co zrobić :)

Planowanie trasy na dwa monitory z google map i jeszcze inną dokładniejszą zdało egazmin w 90%. Praktycznie rzecz biorąc czas zainwestowany w planowanie zaowowcował tym, że nie błądziliśmy tylko jechaliśmy jak po sznurku do celu.

Druga sprawa to to, i bije się tutaj w pierś!!! Wyszło za ambitnie nawet jak dla mnie :) Niby 800km to nie dużo na 3 dni, ale…

Trasa powinna być zdecydowanie krótsza, ponieważ nie wziąłem pod uwagę problemów, jakie nam wprowadziły duże opóźnienie. Przez to był wprowadzony nie potrzebny pośpiech a co za tym idzie jakiś tam stres itp… Nigdzie nam sie nie powinno spieszyć bo robimy to dla zabawy a nie dla wyniku :)

No i na koniec nie wyobrażam sobie jechać z dużą grupą na tak ambitną akcje, bo to nie ma żadnego sensu :P Zdecydowanie lepiej zrobić wszystkiego mniej, ale zato dla wszystkich ciekawiej…

Czy warto z nami jechać to najlepiej spytać osoby co sie poddała, zaufała i zaryzykowała czyli Mariusza :P

Ps. W mojej głowie już rodzi się plan na czerwcowy 2-3 dniowy wypad w historycznie, technicznie i nawigacyjnie zacną enduro trasę… Stay tuned :P

small practical wheelie
golden tyre 723

6 komentarzy

Napisz komentarz