Foto relacja enduro wypadu „w poszukiwaniu armaty”

To już druga bardziej konkretna akcja z cyklu warsztaty Enduro + NAV + SURV… Duże się działo, więc i jest dużo zdjęć…

Ruszyłem sam, bo jak to w tygodniu bywa wszyscy pracują i nie mają czasu. Były namowy, żeby zostać do 18 w 3 mieście i ruszyć razem, ale słowo się rzekło i w samo południe czekałem w umówionym miejscu na ekipę „ktokolwiek się nie zjawi”… Nie zjawił się nikt więc było lekko i przyjemnie ruszyć w teren. Początek był zacny enduro z podjazdami, piaskiem, strumieniem i przedzieraniem się przez chaszcze :) Byłem sam więc mi się nie spieszyło. Wiedziałem, że jak za daleko dojadę to ciężko będzie do mnie dojechać, więc się nie spieszyłem do bólu…

Najfajniejszym przerywnikiem była niespodzianka w postaci batona super energetycznego z racji MRE. Normanie bomba, bo idealnie wstrzelili się w moją potrzebę jedzenia w danym momencie, a mianowicie szybko mało efektywnie. W końcu jak już byłem gdzieś koło Bytowa chłopaki dali znać, że jadą. Co było robić koło godziny 1800 to są 3h do zachodu, a potem się będziemy szukać. Wjechałem gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie a gdzie było dużo przygotowanego drzewa w celach z góry wiadomych i zafiksowawszy siebie i pozycje wysłałem moje koordynaty GPS do chłopaków i czekałem walcząc z zaciekłymi atakami komarów, które chciały mnie zjeść żywcem. Na moje nieszczęście podczas postoju przez przypadek wylałem na siebie słodki napój z wyżej wymienionej MRE i teraz to nie dość, że miałem zdwojoną liczbę robali to jeszcze mógł mnie jakiś miś w nocy znaleźć, żeby polizać :) W ciszy i spokoju nasłuchując różnych dziwnych mechanicznych dźwięków dobiegających z oddali przygotowałem wszystko na partyzanckie ognisko i czekałem dalej.

Dopiero około północy usłyszałem zbliżający się dźwięk enduro tłumików :) Okazało się, że chłopaki się podzielili, bo coś tam i najpierw dojechał Krzysiek na KTM Adv 990 a z jakąś godzinę później pojawił się Kuba na KLR i ManFred na XR.

Możecie mi wierzyć albo i nie ale coś tam sobie gadali a ja odpłynąłem na leżąco. Obudziłem się jak juk wszyscy już spali a mi coś ciągnęło po nerach :) Myk pod śpiwór i noc w lesie była pierwsza klasa. Spałem jak dziecko albo jak zabity nieważne zresztą, bo już dawno tak fajnie nie było… Nie byłem mokry, nie martwiłem się o zimno albo, że coś mokrego mi spadnie na głowę w nocy i zamoczy to, co mam suche itd… Po prostu było zupełnie inaczej niż na poprzednim wypadzie…

Obudziłem się z rańca w bardzo pięknych okolicznościach przyrody. Powiem więcej obudziłem się w pełni naturalnie, kiedy mój organizm powiedział dość, a nie jak to do tej pory było, że coś mi padało na nos :) Zrobiliśmy sobie poranną traperską kawę i tak sobie siedziałem na pniu powtarzając w myślach i nagłos ale jest zajebiś… :) Tego trzeba doświadczyć i tyle. Taki super luzik. Bo nic Ci nie przeszkadza i zasadniczo nic nie obciąża i nic nie wpływa. Tak po prostu się jest w zgodzie z naturą… Koniec dobrego nadszedł czas, bo koledzy zgłodnieni mocnych wrażeń cisnęli, żeby już ruszyć. Wjechaliśmy na track i tak sobie cisnęliśmy do przodu kilometr po kilometrze w bardzo zróżnicowanym terenie. Kierunek Biały Bór i piaskownia jako ciekawostka. Pisząc o zróżnicowaniu terenu mam na myśli przygodne przekraczanie rzeki, mega piaskowe drogi itd… Co jakiś czas jak był moment lub miejsce dobrze nadające się do tego zatrzymywaliśmy się na małą wrzutę jak pokonać daną przeszkodę, teren itp… Potem było bardzo dużo czasu, żeby sobie ćwiczyć podczas drogi przy czy wydaje mi się teraz, że tempo było za duże. Zawsze będzie ciężko wszystkim dogodzić. Na jednej bardzo super dziurawej drodze już gdzieś przed Białym Borem zatrzymaliśmy się, żeby zaplanować tankowanie, a tu nagle z za winkla wyskakuje kolo z podwójnym 2 taktem. Jeden enduro komar a drugi na plecach. Taka szybka myśl nam przeszłą przez głowę, że my tu ciśniemy enduro itd… a tu nagle localers na lighcie przeciska tą samą drogą. Pewnie to moto wiedziało lepiej niż ten kolo jak tam jechać, ale nie ma co. Wstyd!!! :)

Szybkie tankowanie i chwila odpoczynku w cieniu i dalej ognia już na pierwszy punkt atrakcje. W piasku trzeba umieć jeździć co nie było tak oczywiście łatwe dla wszystkich. Chodzi o to, żeby otworzyć gaz a wtedy się leci jak po równym. Jak nie ma prędkości to się walczy z moto i z grawitacją. Dla jednych ciężko dla innych łatwo. Krzychu, zrezygnował, ja z Kubą wjechaliśmy bokiem na górę a ManFred sprawdził wysokie C w swojej XR 650. Silniki się gotowały, piasek był wszędzie i wracając Kuba załapał boczek i skończyło się to glebą. Co prawda na miękkim piachu, ale zawsze jakiś małe straty zostawały zanotowane. Tak jako TIP w tym miejscu to dobrą sprawą jest wożenie na ladze przypiętych trytek. Są lekkie i nie przeszkadzają a w każdej chwili można się do nich dostać. Na poprzednim wyjeździe na szybko spinałem dyndające paski torby Mariuszowi. Na tym Kuba spinał połamane osłony chłodnic a Krzysiek znowu podwiązywał opadającą stopkę, która podczas jazdy wyłączała zapłon silnika itd… No to działa.

Ruszyliśmy dalej, bo założeniem był nocleg w gdzieś w Bornym Sulinowie a jak zwykle mieliśmy obsuwę w czasie pogłębiającą się przez to, że tak naprawdę to łatwo zazwyczaj nie jest a planowane 250km przedłuża się w nieskończoność :) Nawet jakieś zarzuty słyszałem, że maiło być 250 itd… :) Znowu prawie niczym nie zmącona trasa, trochę deszczu i przerwa na małe survivalowe ciasteczko, podpinanie stópki itd… Tu jako ciekawostkę muszę wrzucić jeden temat. Na jeden z dróg leżała ścięta albo powalona brzoza. Co było robić? Nie dało się w tym miejscu jej objechać a wracać się mi nie uśmiechało. Jeden cyk do kieszeni plecaka i mikro piłą poszła w ruch. 1min i 10 sec później już jechaliśmy dalej. :P To właśnie w takich sytuacjach się ona bardzo przydaje. Tak sobie jechaliśmy z różnymi przygodami aż w końcu dojechaliśmy do Bornego. Paliwo do moto było, ale nie było paliwa dla duszy i ciała. Tu Biedronka przyszła z pomocą. Ja byłem samo wystarczalny dzięki MRE, ale koledzy musieli sobie odnowić zapasy. Szczególnie że dnia poprzedniego nie było czasu na zakupy a jak pisałem przyjechali oderwanie z pola koło północy.

Zapakowaliśmy tobołki z wodą ognistą na wszelki wypadek, gdybyśmy musieli zapodać machniom z jakimś lokalnym Indianinem i zaczęliśmy szukać lokum do spania. Tu było ciężko bo było gorącą i Kuba się uparł, że musi być to nad jeziorem, żeby zrobić nura. Ja nie lubię być na widoku i nie lubię komarów które muszą być tam gdzie jest woda. Tak sobie jeździliśmy tu i tam przy Bornym aż w końcu zdecydowanie zaproponowałem, że poszukamy czegoś mokrego na środku poligonu. Wszyscy się zgodzili i ruszyliśmy w kierunku podawanym na mapie odbiornika GPS. Niby nic szczególnego, ale na tym poligonie okazało się, że są szutrowe autostrady. Nie żartuje… 110km/h za często po szutrach to się chyba nie robi. Pałowanie pałowaniem w końcu dojechaliśmy do jakiegoś zalewu. Okazało się, że to małe bajoro szuwarowo bagienne :) Więc pojechaliśmy szukać dalej. Kilka zakazów, kilka nakazów zostało popełnionych i zleźliśmy się na super extra bomba szał  polance cypelku gdzie mało kto uczęszczał a było fajne wejście do wody i było już kiedyś palone ognisko. Zrobiło się tak Pssss i Pssss a ja w ciszy i spokoju poszedłem szukać dobrego drzewa na odpalenie i utrzymanie ogniska. Warsztaty to warsztaty po kolei tłumaczyłem co robię, czego szukam i na co zwracam uwagę. Tak po prawdzie to w tych małych szczegółach tkwi cały szkopuł. Tu też mam małą obserwacje, ale o tym potem. Nie było mokro więc ogień palił się jakieś 10 min później oraz mieliśmy przygotowane odpowiednie ilości zapasu, żeby po nocy nie ganiać po „nie pewnym” terenie :) Było ognisko więc każdy przetestował jak dobrym pomysłem był biwak nad wodą a potem to już gawęd i opowieści z dnia pełnego enduro końca nie było widać. Każdy zapodał sobie kiełbaskę nad ogniem, bo co by to było za ognisko, gdyby jej w takich okolicznościach nie było. Co do spania to znowu problemu nie było. Kuba lubi 4 ściany i 5 gwiazdek jak śpi pod gołym niebem. Nasza 3ka trapersko po minimalnemu zapodała nura w śpiwory i to by było na tyle. Pewnie też było grubo północy, ale co tam. Z rańca Krzysiek wcześnie się obudził i pognał asfaltem w stronę domu, bo rodzinne obowiązki wzywały a nam przyszedł czas na refleksję nad ołtarzykami. Trochę już było najechane po tych szutrach i powinno się przesmarować łańcuchy, sprawdzić olej po wczorajszym pałowaniu moto na piskach Białego Boru oraz zajrzeć do filtrów powietrza. Pierwsze i drugie to prosta sprawa w terenie, ale z filtrem, którego zapasowego się, ze sobą nie ma na jedyne 500+ km to już inna sprawa. Kuba miał nasączony zapas przezornie i full profesjonalnie. Jak zobaczył co się kryło w airboxsie to się złapał za głowę a ManFred nie mając zapasu doszedł do wniosku, że skoro i tak nic nie może zrobić to nawet tam nie zagląda. Ja, że prowadziłem grupę to raczej  kurz produkowałem, a nie go zbierałem więc miałem luzik :P Po serwisie zebraliśmy się i nasze śmiecie. I uderzyliśmy zobaczyć co w tym Bornym takiego fajnego jest.

Znowu szutry ala highway i 100 na zegarku, ale to już było. Pojechaliśmy pod te ciekawostki z netu co niby są takie cool. I prawdę mówiąc to wcale nie były. Nudy Panie jak w tych piramidach w Gizie. Jakieś budynki rozwalone i tyle. Faktycznie układ ulic itd przypomina bardziej koszary lub bazę wojskową niż miasto, ale poza tym to już szału nie ma. Tak sobie jeździliśmy tu i tam bez celu generalnie aż MaFreda XRa zgłosiła zapotrzebowanie na paliwo oraz mój ADV. KTM zrobił tym razem na zbiorniku 377km. Poprzedni wypad ponad 400km więc średnia widze jest dobra a wszystko waha się w zależności od ujeżdżanego terenu. Wracając do tematu to na mieście nie obyło się bez strat… Najpierw ja chcąc przebić się przez jakąś drogę w 100% zarośniętą i podziurawioną doznałem poślizgu przedniej opony i moto razem zemną wylądowało na glebie. Efekt to książkowo złamana klamka sprzęgła :( Już sprawdziłem cenę i to małe co nieco będzie mnie kosztowało 200PLN :( No nic. Potem uważając i skupiając się na dziurach w drodze Kuba zapodał albo prawie zapodał w siatkę ala kurnik :) Po prostu w nią wjechał. Nie było jak nie podrzeć łacha, bo tak komicznie to wyglądało, że hej :P W końcu wracając już w stronę jakieś stacji CPN:) po drodze odwiedziliśmy stanowisko dowodzenia a przynajmniej tak nam się wydawało, pochleliśmy parę kilometrów i zajechaliśmy na stację. Ja już miałem opary więc dobrze się złożyło. Był czas na zapodanie sobie trochę energii oraz dobre naprawy. Tu z pomocą na ostro pękniętej klamki przyszedł stary Leatherman ORIGINAL WAVE który ma w sobie pilnik do metalu. Takie małe nic, ale w 3min zrobiło mi klamkę tak, że nie była już zagrożeniem dla moich palców :) Skoro byliśmy zatankowani i naprawieni to czas przyszedł ruszać w drogę powrotną. Było już po południu wiec myśl 300km offroad nas napawała trochę zawrotem głowy, ale laska.

Zaraz po wyjeździe z miasta na pierwszej szutrowej drodze były takie dziury i tyle kałuż, że ja skąpałem sobie obcasy w strachu, że właśnie zalałem silnik :) Przechodząca w pobliżu para zapodała miły tekst, dlaczego nie chcemy iść pieszo, bo tam jest więcej takich dziur. Enduro nie pęka!!! Pojechaliśmy dalej. Z żółwim tempem, ale pojechaliśmy. Najgorsze były moje opony MISTAS C09 które są do niczego poza suchym szutrem i które już czekają zmianę. Przez przypadek znowu zawitaliśmy na poligon, ale nikt nas nie zatrzymywał więc pocieliśmy dalej. Były czołgi i inne działa więc odnaleźliśmy naszą armatę i chyba nawet Kaliber 44 :) Znowu jakiś postój na co nieco do brzucha, żeby nie było za pusto i znowu enduro. I tak to enduro było aż pod 3miasto. Do samego końca z atrakcjami terenowymi i nie tylko. Z ciekawostek to ManFred chyba dał się przekonać na wypady z jedzeniem w postaci MRE. Gotowe smaczne i kaloryczne :) To nic, że namieszał w jednym pudełku płatki, masło orzechowe, mleko, jakiś syrop i coś tam jeszcze… :) Za pierwszym razem tak jest. Potem już wie się jak co jeść, żeby było GUT.

Z ciekawostek tego przelotu to była trasa przez dziesiątki kilometrów usłana piaskiem i korzeniami w poprzek. Dostaliśmy w trójkę super enduro flow, bo nie było czasu na bajerę. Cały czas szybkie tempo, bo w piasku trzeba było cisnąć a korzenie tylko spowalniały przed kolejną sekcją piaskowo. Naprawdę super extra enduro praca.

Reasumując wyjazd to udał się jak mało który. Nawinęliśmy 646km z czego chyba 600 było poza asfaltem, a może i więcej. Z tego co powiedział Kuba to można było naprawdę zapomnieć o cywilizacji, bo jej po prostu nie było. Jak była mowa o paliwie to szukaliśmy coś, żeby nam pasowało a tak poza tym to tylko dzida w zupełnym odludziu. Dla mnie bomba, ale po komentarzach to wydaje mi się, że nie tylko dla mnie.

Na 100% jest tak, że żeby była przygoda wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata. Wystarczy się trochę postarać i będzie pod nosem.

Z moich obserwacji to muszę trochę zwolnić, jeśli mają być prawdziwe warsztaty enduro, surv i nav. Nie da się po prostu robić tylu kilometrów i jeszcze starać się coś przekazać. To tak do końca nie działa. Dlatego następny wypad będzie krótszy, ale typowo warsztatowy. Mniej kilometrów a więcej juceu.

Było szybko, było treściwie, było enduro i było „zacnie”!!!!

(Visited 433 times, 1 visits today)
magura clutch problem
charlotta 16

Brak komentarzy

Napisz komentarz