Photo z Enduro Gymkhana

Nie ma czasu i nie ma ciśnienia… ale są za to wspomnienia :) Jakoś ostatnio więcej robię a mniej pisze i ogólnie rzecz biorąc to jest mi z tym dobrze. Powiem więcej…
 Mam tam jakieś swoje obserwacje na temat madeinenduro i tak sobie powoli pykam, żeby nie było, że jest 0 absolutne :P

Padł pomysł na wypad który od dawna mi chodził po głowie na parę dni i parę nocy w kierunku który mnie zawsze interesował i w którym już kilka razy byłem, ale nigdy nie byłem tam na moto.

Jak zwykle dałem ogłoszenie tu i tam i prawie jak zwykle pojechałem sam :P Nie wiem czemu, ale jakoś moje wypady są słabo ciekawe :) albo odstraszające. Kto był to wie, że źle nie jest i coś można jeszcze łyknąć z wiedzy. Nie ma co płakać zaczynam się przekonywać do wyjazdów samsolo :)

Tak więc plan zakładał pojechać przez cały szlak orlich gniazd od zamku do zamku plus extrasy.

Plan zrealizowałem w 100%, zacząłem od zamku w Olsztynie, a że znam go na pamięć to tylko śmignąłem obok. Jak się później okazało śmignąłem w ten sposób też wszystkie pozostałe:) Z Olsztyna pojechałem na wysychający zalew w Zaborzu. Ciekawostką jest on wielką, bo ma związek z geologią i nie tylko… Potem wjechałem na Pustynie Siedlecką bo była po drodze i głupio by było sobie tam nie wskoczyć. Następnie zamek po zamku i skałka po skałce dotarłem do Pustyni Błędowskiej. Ciekawostką był murowany grill pod Okiennikiem. Im dalej jechałem, tym gorzej mi było z odnalezieniem tego WILD :(

Cały czas z uporem maniaka unikałem asfaltu, ale powiem, że łatwo nie było, ponieważ wszystko jest zabronione albo Natura 2000 :( Zaczynało mnie to już wnerwiać, bo ile można kombinować…

Pustynię błędowską znam jak własną kieszeń, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo jak tam dojechałem to zastały mnie zasieki i oczywiście Natura 2000… Fuck… Tak więc zrobiłem fote i pojechałem jak by to powiedzieć boczkiem, boczkiem :) Znaczy się tak, że to, co najciekawsze zostało zaliczone :)

Tu było właśnie jedyny problem jazdy na sama solo. Zaraz za pustynią dokładnie po przekroczeniu rzeczki wbiłem się w tereny zapadlisk z dopiskiem surowo coś tam :) Tak sobie pyrkałem przez krzaki aż tu nagle bzyk i siedzę w dole z lokalnym feszfeszem i tu jeszcze przy jakimś zielsku:( Na sam pierw w ruch poszła piła, żeby zrobić sobie wolną drogę, a potem to już tylko kopanie i szarpanie… W tym miejscu wyszedł jedyny minus jazdy na Samasolo, bo w takich wypadkach dobrze mieć towarzystwo :), Że enduro nie pęka to za długo nie myślałem o tym i działałem coś na kształt Alleluja i do przodu :)

Dalej ogień tak aż dojechałem do ostatniego zamku z listy, tak gdzieś koło 2100. Tak stanąłem i zacząłem myśleć co tu robić… wszędzie jest Natura i głupio tak w las jechać :) Przypomniałem sobie, że pod zamkiem była baza harcerska i podjechałem do niej zobaczyć co ugram. Spytałem czy mogę się walnąć na glebę i że nic nie potrzebuje itd… Szef nie dość, że nie powiedział nie to jeszcze zaproponował mi spanie pod namiotem. Ach co to był za namiot… marzenie… ławki stoły i inne wygody :) Tak więc szybko ogarnąłem resztę MRE i poszedłem w kime. Była tylko jedna umowa, że rano przyjadą harcerze i dobrze by było jak by mnie tam już nie było. Mi to myło na rękę, bo plan był z rańca ruszać dalej a tak to miałem bat nad sobą i jak było powiedziane to tak się stało :)

Dzień drugi to była na rozgrzewką długa błotna droga polna która na moich powiedzmy słabych oponach Mitas E09 była wyzwaniem jak fix. I tu znowu muszę wtrącić pytanie, ale jak pytam to robili chłopaki na MotoSyberia? Jak można na łysych oponach jechać takim klocem po błocie? To, że on nie hamuje to laska. To, że on nawet pionu nie trzyma o to jest zadaniopytanie…

INTO_THE_WILD (2)

Potem odpaliłem wrotki i na biegu numer 5 dojechałem do kolejnego punktu trasy, a mianowicie Muzeum Górnictwa Naftowego. Po pierwsze byłem tam jako dziecko a po drugie jako „górnik” chciałem zobaczyć jak to kiedyś wyglądało. Trochę przed celem zboczyłem z drogi i wpadłem na enduro fajny podjazd, a potem zjazd tak, że się bardzo obawiałem.

Zasadniczo szacunek dla tych górników i dla tego sprzętu itd… To było mój pierwszy przystanek taki długi… :) A zapomniałem dodać na samym początku że ruszyłem jeden dzień później niż był plan. Z dwóch powodów. Pierwszy to to, że jechałem sam więc laska, kiedy pojadę a po drugie, że mnie dopadło jakieś grypko i jechałem sobie kolejne kilometry pociągając nosem z wolna :P

Tak pociągałem też łażąc w tych wygodnych enduro trepach od wystawy do wystawy. Męczarnia była, ale ja byłem silniejszy. To wszystko miało sens a ja pierwszy raz byłem w muzeum na 100% i bez olewki :) Polecam…

Potem znowu nudy i do przodu z przerwami na śliskie enduro przypominajki, że mam opony z koziej du.. :) aż dojechałem pod Bieszczady. Plan był, żeby się dobić do Kmańcza, a potem to już enduro, że niby 100%. Do Komańczy dotarłem i wbiłem się w zaplanowany szlak przez Duszantyn i jego brodami przez rzeki. Żeby było jasne, dojeżdżam do Duszatyna zaraz przede mną widzę pierwszy bród a tuż przed nim znak zakaz wjazdu :( Myślę sobie FUCK i jadę dalej. Zaraz za znakiem było pole namiotowe a tam samochody co oznaczało, że ten znak to jakiś Joke :)

INTO_THE_WILD (4)

Pokonałem wszystkie brody bez jakiegoś wielkiego wow i wbiłem się na pętle bieszczadzką, żeby coś zobaczyć… No i zobaczyłem… Drogi cudne, ale na gymkhane… Najgorsze to było to, że wszędzie tam, gdzie było coś do zobaczenia był parking płatny i zanim się zdążałem zatrzymać miałem jakiegoś kolesia przy sobie wołającego o opłatę za postój. Nie dobrze mi było od tego pazerniactwa. Nie takie miałem w pamięci Bieszczady. Strasznie się pozmieniało i mało już mają ze swojego uroku. I tak na szybko bez zatrzymywania się więcej pojechałem nad tamę na Solinie i co? I to samo co wszędzie – wyciągnięte ręce… Potem do Polańczyka i już zaczynało się ściemniać więc zacząłem myśleć o miejscu na spanie. I co i nie dość, że nie było gdzie wjechać w pola/las to na polach namiotowych chcieli mnie kasować jak za namiot a ja przecież nie miałem ze sobą namiotu :)

Pokręciłem się dookoła Soliny i jadąc do kolejnego pola namiotowego kontem oka zobaczyłem fajną polankę zasłoniętą przez las od strony domów i z pięknym widokiem na zalew. Zrobiłem w tył nazad i 1min później już wspinałem się po jakimś polu w z góry upatrzone miejsce.

Miejscówka była zacna do tego stopnia, że mi rozum odjęło… :)

Czułem pod skórą, że jest za fajnie i coś jest nie tak. Zrozumiałem co mi nie pasowało tak koło północy, jak zaczęła pokrywać mnie rosa. Wilgoć na śpiworze nie jest wskazana. Ja się tak wyluzowałem, że nie wlazłem nawet do bivi. Po prostu oglądałem sobie gwiazdy i starałem się odnaleźć całe gwiazdozbiory z jakimś starfinderem :) Tak było zacnie, że hej. No nić musiałem wstać, pochować wszystko do worków, żeby nie zamokło i samemu się zapakować w condoma, żeby jakoś dotrzymać do rana w suchości. Najfajniejsze jest to, że z 20m od mojego noclegu była wcinka w las i było tam sucho jak pieprz. Tak to sobie przypomniałem, o co chodzi w tym biwakowaniu ala sote :)

Było jeszcze coś, co mnie tej mokrej nocy olśniło. Miałem plan jechać dalej w stronę wild, ale uzmysłowiłem sobie, że przecież, żeby wjechać na Ukrainę jest potrzebny paszport, bo tam nie ma strefy Schengen a ja głupi zabrałem tylko dowód, a nie paszport.

Z rana zapakowałem mokre rzeczy i pojechałem dalej eksplorować Bieszczady, ale tak by powoli zbliżać się ku miejscu startu. Tak sobie endurzyłem tu i tam bez celu i bez napinki, ponieważ wszystko było wybetonowane albo zabronione aż dojechałem z powrotem do punktu startu.

Zrobiłem w 3 dni ponad 1100km 50 na 50 off/on. Mój 640 Adv jest wypasionym motocyklem i odkryłem, że w jeździe na nim dwie sprawy bardzo poprawiają komfort jazdy. Numer 1 zatyczki do uszu, bo idzie oszaleć od tego huku i druga sprawa to ochrona dłoni przeciw odciskom które znacznie redukują wibracje które przenoszą się z kierownicy na dłonie.

Taka obserwacja na koniec. Zawsze zastanawiam się jak powstają te obszerne relacje w magazynach o tematyce motoryzacyjnej z wyjazdów motoadv? Bo ja nie mam czasu na nic. Jest robota potem na miejscu jedna fota nie schodząc z mota i dalej robota… :) Może na takich wypadach jest na odwrót? Że tak naprawdę jest fota, fota, fota i potem robota :)

Zapomniałem dodać jeszcze jedną ważna jak dla mnie sprawę. Zabrałem ze sobą radio scanner którym sobie mogę słuchać co się dzieje w okolicy albo mogę wezwać pomoc. Okazało się że wieczorkami jak już się ściemniało i nie było do kogo gęby otworzyć to ustawienie sobie jakiejś audycji radiowej mniej lub bardziej sensownej bardzo krzepiło na duchu i robiło się całkiem przyjemnie :) To mówiłem ja… :)

enduro into the wild banner
Machine starts without warning

6 komentarzy

Napisz komentarz