Redbull Romaniacs 2011

Prolog

No i jesteśmy po Romaniacsie. Całą imprezę mógłbym opisać jednym krótkim „WHAT THE FUCK”.
Zanim ruszyliśmy było dużo planowania, kombinowania i problemów żeby w ogóle pojechać. RBR 11 Prolog 1Mało brakowało a ja bym w ogóle nie pojechał wiec generalnie wiele się działo. Nie mniej jednak udało się i w końcu ruszyliśmy. Rano zapakowaliśmy w warsztacie 89racing graty na busa i pojechaliśmy po MACa.
Juz na drodze ale jeszcze w 3miescie gdzieś na jednej z dziurawych wyjazdowych dróg z Gdańska uzmysłowiliśmy sobie ze pomimo tego ze Rumunia jest krajem Uni Europejskiej niestety nie jest w strefie Szengen a co za tym idzie musimy wrócić po Paszport Polsatu Abby :) Dodatkowo MAC jadąc na wyjazdowe występy doszedł do wniosku ze nie ma co na siebie włożyć szalowego wiec musieliśmy się zatrzymać na shopingu u Pomira którego efektem były mega obcisłe, czerwone uwydatniające to i owo czerwone spodnie FOXa.
No ale to by było generalnie na tyle na temat drogi w ciasnym załadowanym Fordzie Tranzycie. Droga była długa i prosta a wiodła równolegle do świeżo budowanych autostrad… Jak to fajnie będzie jak będzie można śmignąć przez Polskę nie wlokąc się za TIRam itp… Póki co szara rzeczywistość wąskiej polskiej drogi była przerywana postojami w MACach na małe sportowe co nieco.
Wieczorem dojechaliśmy na Śląsk gdzie był zaplanowany postój u Romaniacsa Mirka.
RBR 11 Prolog Bang BusOczywiście były wspomnienia, plany, browary po czym uderzyliśmy w słomę.
Z rana zostaliśmy ugoszczeni typowo śląskim wypasionym śniadankiem które miało dać nam siłę na dalsza drogę jak się potem okazało prawie na głodnego:) Już na trasie dostaliśmy newsa ze nasza trasa którą jedziemy jest do dupy i lepiej udać się na autostradę która może i jest dłuższa ale za to jest dużo bardziej wygodna i bezpieczniejsza.
No i faktycznie tak było bo droga była wypasiona i z górnej póły. Całą Słowację, Węgry przeskoczyliśmy zatrzymując się tylko po to żeby zakupić Viniete bo niestety nie było nam dane poznać smaku MACa z za południowej granicy ponieważ tambylcy nie mają w zwyczaju stawiać MACow przy autostradach :)
No i tak sobie marzac o MACkanapce dojechaliśmy prawie na miejsce. Zrobiliśmy sobie postój na ostatnie spanie jakieś 60km przed Sibiu ponieważ na miejscu nie było póki co hotelu zarezerwowanego a na przedmieściach było mnóstwo tanich motelików wiec nie było co dużo dywagować. Szybka słoma żeby być w miarę wypoczętym na następny dzień.
Nastał dzień treningu do Prologu. MAC obudził nas z rańca jak by był już pod wpływem substancji Red bulla :) No nic, czas było ruszać odmeldować się w rejestracji i rozeznać temat prologu.
Na miejscu czekał na nas już Spira i jego Polski obóz Sherco z widoczna zewsząd powiewającą polską flagą.RBR 11 Prolog Polish Base
Poszliśmy się rejestrować i tu zaczęły się schody. Znaczy się może nie schody co jakiś dziwny długi proces rejestracyjny. Wszyscy byli wymęczeni droga a pełna rejestracja zajęła ze 3h lekko. Ale nie ma co narzekać za bardzo bo zaraz miał być trening prologu wiec wnerwienie rejestracja było przyćmiewane nadchodzącymi emocjami.
Ja i Mac na świeżo jeszcze nie byliśmy zapoznani co zostało przygotowane przez Crazybike z Sibiu lecz Spira który dojechał przed nami miał szanse zobaczyć czego możemy się spodziewać. Z tego co pamiętam mówił ze jest ciekawie co w wolnym tłumaczeniu oznaczało znowu „what the fuck”
Tak wiec nadszedł nasz czas i pojechaliśmy zobaczyć co ma nas zabić na następny dzień. Jak bym pierwsze wrażenie oględzin prologu opisał?

Spira skupiony analizował każdy sęk na pniach, geologiczną przeszłość kamieni oraz pozostały bieżnik na oponach które są do pokonania. Wszystko mu pomagało… Mac z zieleniał po czym po przejściu toru stwierdził ze trzeba otworzyć gaz na maxa i zamknąć oczy a potem się zobaczy:) Co do mnie to zmiękła mi faja na starcie i nie było co gadać ani myśleć bo wszystko co było przygotowane było wysoko i daleko poza moim zasięgiem techniczno psychicznym.
RBR 11 Prolog V shapeGdy nadszedł czas treningu na sampierw Spira pojechał chyba. No i co się okazało… FIK FIK BZZZK BZZZK JUMP JUMP Spira śmiga po przeszkodach i mierzy czas jak szybko to robi :)RBR 11 Prolog 5
MAC jak to na MACa przystało nie myśląc długo wbił się na tor. Zanim zdążyłem się obejrzeć był już na jego końcu. No i w końcu przyszedł czas na mnie. Wjechałem na tor nowiutka 250 2t na która własnie się przesiadłem z 400 4t. Niby miało mi to pomoc ale zakładając że zrobiłem na moto aż 3h jazdy to jakoś chyba mi ta zmian nie pomigała za bardzo… ale wracając do pierwszej belki zrobiłem bzyk i wylądowałem na drugiej stronie.
Następnie było coś na kształt litery V z kilkoma drogami przejazdu. Ja wybrałem najniższy stopień który i tak robił na mnie wrażenie czegoś nie do zdobycia. Myślę sobie dobra nasza jakoś mi idzie i rozochocony wbiłem się na rząd opon. I znowu bzyk bzyk bzyk i bylem za oponami. Generalnie szok bo nigdy nie przejechałem tak wysokich przeszkód :) Wiec znowu dobra nasza i do następnej przeszkody a mianowicie dziwnej konstrukcji z wiszącymi swobodnie oponami. One tak sobie dyndały i trzeba było przez nie szybko przejechać. Niby nic ale się okazało ze łatwo nie było i potrafiły zrobić kuku… Spokojnie pokonałem bez pospiechu to coś i do następnej przeszkody podjechałem z pewna niepewnością. To były bale ustawione wzdłuż toru wznosząc się na wysokość około 2m a po drugiej stronie były bale w dol położone w poprzek.
RBR 11 Prolog For Pro'sNa moje szczęście tam było info ze ta przeszkoda jest dla PRO i Expert wiec sobie ja głowy nie zaprzątałem. Dalej był basen z mnóstwem gałęzi. Trzeba było przeskoczyć belkę i dalej po tych gałęziach do następnej belki. Dla mnie to było najprostsze ze wszystkiego bo takich akcji w lesie jest milion 500 wiec tu nie widziałem najmniejszego problemu.
No i znowu schody się zaczęły. Ale to już historia nie dla mnie była. Najazd na betonowe obręcze i zaraz potem najazd na kamienie, dalej belki, wjazd na kontener i zeskok na piaskowy zjazd potem znowu belki, platforma do zeskoczenia, jakiś podest i w końcu meta. Przy kamienistej przeszkodzie robił się zator wiec doszedłem do wniosku ze po co mam rozwalać moto na treningu skoro i tak to nic nie zmieni i po prostu sobie odpuściłem dalsze przeszkody.RBR 11 Prolog MACa gleba
Jeszcze raz pokonałem tor do tego samego momentu i pojechałem pozwiedzać okolice bo w końcu miałem możliwość pośmigać trochę na nowiutkim moto którego nic a nic nie czułem.
Z ciekawostek MAC na drugim treningowym przejeździe własnie na kamieniach wywiną orła przez kierę tak ze 200ta wylądowała na nim. Luzik :)
Okolica dla mnie okazała się bardzo interesująca. Pojechałem na pobliski tor motocrossowy za którym było jakieś wyrobisko gdzie jak się później okazało była meta 1 dnia. Jeszcze nie zacząłem rajdu a już się czułem słabo po tym co zobaczyłem…
RBR 11 Prolog 8Następnego dnia rano przyszedł czas na przeloty przez prolog ale już z mierzonym czasem do finałowego wyścigu. No i tak jak było już wcześniej na treningach Spira fik fik po przeszkodach z prędkością dźwięku jakie wydaje Sherko dojechał do mety, zatrzymał się i poczekał aż mu trochę czasu dodadzą i przejechał linie. Dlaczego tak? Ponieważ ta impreza jest dla widzów i kwalifikacje kończą się wyścigiem z efektywnymi glebami, kontuzjami lub rozwalaniem moto. A że regulamin mówi że za nie ukończenie lub bycie poza pierwsza 16tka dostaje się 10 min kary które w późniejszym czasie jest niczym wielkim w porównaniu z 4ema dniami zmagań w terenie. Jak się później okazało Spira jest nie tylko dobry w robieniu fik fik ale też ma perfekcyjne wyczucie czasu:) Gdyby dwie sekundy wcześniej wjechał na metę musiał by się ścigać:)
Zgodnie z numeracja startowa następny był MAC. I tu wyszedł zawodniczy hard ducha na czoło. MAC wyszedł z założenia popartego zeszłorocznymi doświadczeniami że trzeba zając jak najlepszą pozycje zęby potem się nie wlec na końcu po rozrytej trasie przez przejazd poprzedzających zawodników.
Jak pomyślał to i zrobił. Pierwszy przejazd poszedł gładko lecz na nieszczęście przy drugim w ferworze walki na przejeździe przez te niegroźnie wyglądające zwisające opony jego moto zostało poderwane do góry i rzucone razem z makiem o glebę. Moto przetrwało ale został uszkodzony palec.
Pierwszy przejazd był na tyle dobry że pozwolił Macowi startować mniej więcej w środku stawki co było satysfakcjonujące i motywujące bo było się potem z kim ścigać:)
Co do mnie to nauczony dniem poprzednim i założeniem nie zrobienia sobie kuku dnia 1go zanim wjadę na offroad przejechałem to co miałem przećwiczone a potem sobie cichutko opuściłem tor. Oczywiście dostałem 10min kary tak samo jak bym tą trasę ukończył. Może i dałem ciała że nie spróbowałem jechać do końca ale zakładając że miałem totalnie nieobjeżdżony motocykl, nie jeździłem na moto w ogóle przez 5 tyg przed startem to ryzyko kontuzji było za duże. Jak to mówił kiedyś mój kapitan w drużynie „świata nie zadziwisz” a jak by się coś stało „ale im pokazałeś” po prostu poszedłem za jego głosem … Na koniec się okazało że było kilka osób które tak samo jak i ja nie ukończyły prologu. Swoja droga to na treningu zeskoku z kontenera jeden amator tak ładnie wylądował że ze złamanym obojczykiem i czymś tam jeszcze zakończył przygodę z Romaniacsem 2011 zanim jeszcze się zaczęła. Podsumowując przeszkody nie były mega trudne. Skoro ja przejechałem połowę a jestem cienki jak sik komara to oznacza że to jest dla ludzi i dla amatorów także. Tyle tylko że trochę bardziej zaawansowanych niż ja :)RBR 11 Prolog 9
Skończył się prolog, zeszła adrenalina i wieczorem poszliśmy na pierwszą odprawę przed konkretnymi zawodami dla których tam wszyscy przyjechali.
Poza zasadami które zostały nam przedstawione jedna utkwiła mi w pamieć szczególnie. Martin powiedział tak: „jeśli chodzi o oznaczenie trasy w tym tym roku to nie jak dotychczas trasę będą wyznaczały pomarańczowe wstążki KTM tylko białe Husaberg. Pomarańczowe będą w miejscach gdzie wyraźnie źle pojechano. Wiec w skrócie Husaberg wybrana dobra droga, KTM zły wybór” :) W porządku przesłanie, co? Przez następne dni co widziałem pomarańczową wstążkę to śmiać mi się chciało :)
Generalnie zasady są proste. Nawiguje po śladzie wgranym na GPS i po wstążkach rozwieszonych na trasie. W razie niebezpieczeństwa należny uruchomić lokalizator który ma za zadanie wezwać pomoc. Jest jeden nie liczony do czasu postoju który musi mieć 20 min. Podział po miedzy klasy trudności oznaczają tablice ze strzałkami opisane P, E lub H a reszta jest już mało ważna.
Na koniec briefingu zostaliśmy ugoszczeni pewna liczba % z Redbullem co było bardzo mile ze strony organizatorów :)

Dzień 1

No i nastał dzień 1. Zebraliśmy graty znaczy się GPS, Mintracker + emergency mapę na wypadek problemików. Start był z parku maszyn pod hotelem i dalej do już konkretnego startu na którym zaczynałRBR 11 Day 1 Johny WTF się pomiar czasu offroad. Jak ja się dobiłem do startu to Spira i MAC byli gdzieś na trasie. Tak sobie stanąłem i myślę kurna co ja tu robię? Moje morale zostało zniszczone i było gdzieś na poziomie zera absolutnego. I z takim własnie nastawieniem ruszyłem na trasę.
Trasa prowadziła po jakieś łące ale że cała noc lało to wszystko było śliskie jak fix. Kolo z którym ruszałem wyciął orła na pierwszych 500m i tak go zostawiłem w tyle:) Po jakimś czasie wyjechałem nad jakąś rzeczką. Niby nie wielka ale nie miałem czasu się zastanawiać nad tym czy przekraczać i jak bo skoro są ślady to po prostu wbiłem się w wodę.
RBR 11 Day 1 CreekPrzejazd zakończył się tym że do końca dnia miałem w butach basen. Zaraz potem był wjazd w las i znowu w jakąś rzeczkę która prowadziła kamienistym wąwozem. Tak sobie jechałem uważając zęby nie wyciąć orła bo muszę przypomnieć że jak dotąd nie jeździłem w rzeczkach :) aż w końcu nadeszła pierwsza mała przeszkoda. Zwalone drzewo z gałęziami. Jakoś tam przecisnąłem się przez to i kowalek dalej trasa prowadziła ostrym podjazdem w gore. I znowu stanąłem i myślę kurna co ja tu robię. Znowu kurna coś czego nigdy wcześniej nie robiłem. Jakoś dałem radę zachowawczo się wygramolić na górę. Teraz wiem że inni się tam nawet nie zatrzymywali i prawdopodobnie nawet nie zauważyli tego miejsca :) Sadze ze teraz tez bym go nie zauważył :)
Dalej nie wiem co było, bo pewnie nic szczególnego aż w końcu dojechałem do „Johnny What the Fuck”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że to się tak nazywa choć chyba to samo pomyślałem :) Nie było by to nic szczególnego RBR 11 Day 1 Pionygdyby nie fakt że to był prawie pionowy zjazd w dół i żadne zdjęcie tego nie odda. Trzeba tam po prostu być. Na moje szczęście okazało się że jest tam ekipa z Polska OLEK MOTOCYKLE Wawa i chłopaki pomogli mi sprowadzić moto na dól. Wielkie dzięki za to bo mi by to zajęło pewnie dużo więcej czasu i pewnie bez strat by się nie obyło. Na dole siedział zawodnik a przy nim medic team. Znaczy się że chyba był orzeł i „wszystkim pokazał albo zadziwił świat”. No nic nie było co tam robić wiec pomknąłem dalej. A kawałek dalej był znowu strumyk do pokonania. Jedno tylko ale, kamienisty pod gore :) No ale wbiłem się tam i jak że jak dotąd jechałem jako ostatni zdziwiłem się że zaczynam wymijać ludzi którzy zatrzymywali się na fajkę albo po prostu nie mieli siły walczyć dalej. Mowie sobie dobra nasza i tak się dobiłem do góry. A na gorze był
zakręt po piaskowej drodze i ostro pod gore. Znowu nie było by nic wielkiego gdyby nie fakt ze w połowie utkną ktoś i zablokował mnie na podjeździe a zaraz potem po podjeździe zaczęła lecieć woda i zrobił się kolejny strumyk a potem błotnista maź zalała całe to co było kiedyś w miarę łatwym podjazdem :(
W tym momencie zaczęła się walka z natura i samym sobą. Na podjeździe utknęło mnóstwo lamerów podobnych do mnie :) W ruch poszły linki, taśmy i współpraca do granic możliwości. Jak już udało mi się wgramolić na ten podjazd a dla zobrazowania sytuacji powiem że to był czas gdzie koleiny od rycia tylnym kołem były takie ,że moto zawieszało się nad podnóżkach to miałem siłę tylko na to żeby walnąć moto i siebie w krzaki. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem bylem taki zmęczony a to dopiero miał być początek zabawy.
Dalej były mniejsze lub większe przeszkody i zaczął się zjazd w dół mini wąwozem tak na szerokość półtora kierownicy. Znowu nie był by w nim nic dziwnego gdyby nie fakt że prowadził z góry na dól kilka set metrów plus był co kawałek najeżony wystającymi korzeniami. Udało mi się kilka razy wyciąć dzięki temu niegroźnego orła. Na samym dole zostało do pokonania niegroźną rzeczkę i w końcu dotarłem do upragnionego punktu kontrolnego z 20min obowiązkową przerwą. Abba poczynił drobne naprawy, banan w łapę, woda w gardło, uzupełnienie płynów w camelu i paliwa w baku i dalej w drogę…
Na samym starcie do drugiego etapu tego dnia był ostry podjazdRBR 11 Day 1 Gusteria który znowu był ponad moje wyobrażenie. Nie myśląc tym razem długo dałem na gaz i niestety w połowie z krzaków wyłonił się jakiś człowiek. Na szczęście zdążyłem wyhamować z tym że utknąłem w połowie podjazdu. To był drugi raz gdzie ktoś z poza rajdu mi pomógł. Dalej było już lajtowo aż do znudzenia, czasami jakieś tory albo pod mostkiem itp… Mac to potem nazwał odcinkiem cross country bo nic się nie działo.
Ja miałem jedną przygodę przy przekraczaniu jakiejś rzeczki gdzie było tyle błota że wyjazd z niej był nie możliwy do zrealizowania. Utknęło nas tam trzech gości ale że jakoś nie chętni byli w pomocy między sobą to skończyło się na tym że czekało tam dwóch pasterzy którzy za drobną opłata pomagali wciągnąć moto na gore. Potem Spira powiedział że nie powinno się nic dawać za to ale to były cwaniaki którzy robili deal przed faktem pomocy a nie po fakcie.
Dalej znowu dużo cross country aż w końcu dojechaliśmy znowu na obrzeza Sibiu. Mianowicie do kamieniołomu czy wyrobiska które udało mi się obejrzeć popRBR 11 Day 1 Conanrzedniego dnia. Niestety czekała mnie tam atrakcja jedna za druga naszykowana pod żadnych atrakcji widzów. Zaczęło się od pionowego podjazdu a ze bylem już tak zmęczony że nie miałem siły się nawet nad tym zastanawiać to dałem gazu na maxa i wskoczyłem na górę. Zapewne mógłbym to porównać do stylu rodeo ale fakt był faktem ze siedziałem cały na moto a przeszkoda była za mną. Następnie był zjazd w dół. Zjazd oznaczał pionową skarpę tak na 2 m z piaskowym wypłaszczeniem na spodzie. Nie myśląc za długo zrzuciłem moto na dół i podążyłem w ślad za nim zsuwając się na 4 literach. Dalej był znowu podjazd taki jak wcześniej i znowu w dół i w końcu nadszedł czas podjazdu w stylu hill climb. Meta była na górze wiec tak czy tak trzeba było tam wjechać. Byli tam już koledzy z Olka Motocykle i walczyli sobie dla zabawy z tym podjazdem. Rożnica miedzy nami była taka że oni byli w miarę wypoczęci a ja ze zmęczenia nie kontaktowałem co oni do mnie mówią :)
Bylem już tak zmęczony po ok 8h siłowej walki oraz dobity dwoma podjazdami z przed chwili że sobie odpuściłem tą atrakcje. Pojechałem boczkiem ale niestety znowu się nie obyło bez rzutów motem do celu itp… Na samej końcówce i tak trzeba było pojechać częścią trasy dla chickenów co równało się jakimś 4m prawie pionowym wskokiem na samą górę.
W końcu się udało. Dotarłem i skończyła się mordęga dnia 1go. Redbull w łapę, zatrzymanie czasu pomiaru pogadanka o niczym i czas był ruszyć w drogę do parku maszyn by w końcu zejść z moto. Walnąłem się na glebę i tak leżałem bo nie miałem się siły ruszyć i to by było na tyle z dnia no 1.
Wrażenia na koniec pierwszego dnia – niezapomniane :)

Dzień 2

Prawdę mówiąc to na dniu pierwszym zakończy się szczegółowe opisywanie atrakcji jakie dla nas przygotowano bo walka o przetrwanie zajmowała mi większość czasu jakie spęRBR 11 Day 2 Easy startdziłem na moto, obok moto lub lecąc za moto itd…
Ale po kolei :) trasa miała tego dnia ok 180km czystego offroadu a zaczynało się od tego że musieliśmy się zwalić ze słomy zanim kur zapiał znaczy się mega wcześnie. Trzeba było zapakować się do bangbusa i zawieść dupska na start oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od hotelu. Dojazd przywitał nas stromą zalesioną gorą gdzie z pewnością mieliśmy się wdrapać. Na miejscu znowu ruszaliśmy w takiej kolejności jakie czasy i pozycje zajęliśmy dnia poprzedniego. No tu już nie bylem ostatni :) ale prawie ostatni :) Po starcie droga prowadziła jakąś dróżką wzdłuż jakiś zabudowań wyżej i wyżej aż w końcu wyjechaliśmy na trawiaste łąki gdzie wyciąłem pierwszego orła tego dnia. Szału nie było bo był kontrolowany. Już po kilku set metrach takiej wilgotno trawiastej bardzo niemiłej drogi zaczynał się zjazd w dół. Jak później się przekonałem na własnej skórze każdy podjazd niechybnie kończy się zjazdem:) i może nie jest to nic odkrywczego ale to nie są normalne podjazdy i nie są to normalne zjazdy :) Wiec uderzyłem w dół tak jak mi Spira tłumaczył, najwolniej jak się da delikatnie dozując hamulce. Może ujechałem z 10m w dół jak moto złożyło mi się w poprzek stoku i znowu wyciąłem orła. Tym razem już nie kontrolowanego. Generalnie wtedy za bardzo nie bolało ale dalej już moto sprowadziłem. Był tam ze mną Trialowy Miszczunio Robert zwany dalej Porażka (dane bardzo mylące). Nauczony moim orłem też sprowadził ten kawałek moto z tą różnica że dalej pojechał a moja psycha pozwalała tylko na kontynuowanie sprowadzania motocykla w sposób inny niż jest on generalnie skonstruowany :)
Co dalej to nie pamiętam za bardzo poza tym że coś tam się cały czas działo. Aż w końcu dojechałem na jakiś szczyt czegoś zalesionego gdzie trasa prowadziła tylko i wyłącznie po głazach w dół. Zatrzymałem się i zrezygnowałem po raz nie wiem już który. Najpierw minął mnie Spira który może nie smignął przez to bez zatrzymania ale jego przeprowadzanie moto było czystą walką o wynik gdzie moje miało być czystą walką o przetrwanie. Zatrzymało się tam kilka osób. Dogonił mnie tam tez Roberta P który przepościł mnie wcześniej na jakimś innym kamienistym podjeździe gdzie się w jakimś celu zatrzymał. Robert pomógł mi mentalnie i fizycznie przeprowadzić moto kamień po kamieniu na druga stronę tej przeszkodyRBR 11 Day 2 Grass Downhill. Generalnie to ciężko to opisać bo to trzeba zobaczyć. To było kolejne przełamanie mojej psychiki ;) Dalej było ostro w dół po jakimś wydeptanym lub wyjeżdżonym szlaku. Znowu niby nic ale pomiędzy drzewami trzeba było się przeciskać następne milion kilometrów. Po drodze minąłem kilka teamów którym ktoś wysiadał prze ogólno pojętą niemoc fizyczna. Był tam gość z Rosji któremu padło w EXC450 chłodzenie silnika i tylny hamulec. To dla niego był koniec tego dnia choć jeszcze się nie zaczęło tak naprawdę. Nie wiem jak on sprowadził moto w takim stanie z tej góry. No ale to własnie jest częścią tych zawodów – przekraczanie granic…
Dalej była górska kamienista droga, podjazd ze skarpami na których jeden błąd kończył się lotem w przepaść. Skąd wiem czym to się może skończyć?
Własnie w jednym takim miejscu na zwalisku kamieni dojechałem kilku stojących moto i dziwnie zachowujących się ludzi. Zatrzymałem się i szybko dowiedziałem co jest nie halo. Pierwsza myśl ktoś spadł ale na szczęście okazało się że tylko moto poleciało w dól a gość odskoczy w druga stronę stoku.
Sprzęt zatrzymał się jakieś 10m poniżej szlaku i 3ech gości już walczyło z wyciągnięciem moto pod gore przy pomocy taśmy. Szybkie rozeznanie tematu i okazało widać że taśma jest za krótka i mocy mięśniowej jest za mało. Wyciągnąłem swoja linkę którą wcześniej sprezentował mi MAC i podłączyłem się do ciągnięcia rzepki :) Po mnie dołączyło się jeszcze dwóch zawodników co razem w końcu umożliwiło wyszarpnąć moto pod gore. I tu 2 ciekawostki. Moto odpaliło bez problemu i co najciekawsze to GPS model GPS MAP62 który jest wielki i dodatkowo był zamontowany na uchwycie RAM który aż się prosił żeby go wyłamać przetrwał!! Szok!! Straciliśmy tam tak około 30 min ale regulamin mówił wyraźnie zęby w takich sytuacjach pomóc sobie nawzajem a stracony na to czas zostanie odliczony. Dostałem info że Martin powiedział żeby zaznaczyć to miejsce na GPS z numerem moto jakie poleciało w dół i to załatwi sprawę. Skoro tak to tak zrobiłem i pojechałem dalej. Generalnie później na trasie się non stop mijałem z tą ekipą i sobie nawzajem pomagaliśmy.RBR 11 Day 2 Big Log
Był np zjazd na którym były zwalone w poprzek drzewa.
Znowu niby nic szczególnego gdyby nie fakt że było ostro w dol, drzewa miały jakieś 0,5m średnicy a końcówką była pionowa skarpą. No ale ja pomogłem komuś ktoś pomógł mi i o ile sam bym musiał po prostu rzucić moto na dol to tutaj skończyło się na podawaniu sobie z reki do reki bez większych szkód i ewolucji. Dalej znowu droga prowadziła w dół rożnymi sposobami aż w końcu dojechałem do jakiś zabudowań gdzie był trawers po stoku. Znowu niby nic ale było tak wąsko i tak rozjechane że każdy błąd kończył się wypadnięciem poza ścieżkę. Niestety stoczył się motocykl i nie wiedzieć skąd nagle pojawiło się dwóch gości i mi pomogło go wciągnąć na górę. Pojechałem dalej ale niestety jakieś 200m dalej znowu się zsunąłem. Niestety tam zostałem sam. Próbowałem sam go wyciągnąć ale bylem już tak zmęczony walką na zjeździe że nie miałem siły. Cały czas moto lezące na boku i zaczepiające podnóżkiem o glebę albo pozwało mi podciągnąć przód albo tył niestety z mizerny końcowym rezultatem. Zacząłem krzyczeć zęby ktoś mi pomógł ale bez odzewu. Żeby było jasne ja tu nie pisze o lamencie bo tak łatwiej będzie ja tu pisze o sytuacji gdzie czuje że mój organizm się przegrzewa, nie mam wody już w camelu a ręce zaczynają mi drętwieć tak że nie mogę ich wyprostować. Wiec znowu limity zostają osiągnięte. Nie wiem ile czasu tam spędziłem ale udało się w końcu wrócić na ścieżkę. Co było najgorsze 5 min później dojechałem do punktu tankowania. Na miejscu walnąłem się na glebę w cieniu pod parasolem i starałem eis złapać oddech. Wypiłem mnóstwo wody i jeszcze więcej wylałem na siebie żeby się schłodzić. Goście którym wcześniej pomogłem z motocyklem na skarpie chyba widzieli że nie jest ze mną za dobrze. Jeden podszedł i pomógł mi odkręcić camela zęby go uzupełnić w płyny a potem zatankował mi moto. Ja cały czas leżałem i starałem się pozbierać siły a czas płyną. W końcu ruszyłem dalej i co było znowu dobiciem leżącego jakieś 5 min później był pomiar czasu tego odcinka :( No nic i tak nie miałem siły żeby dalej jechać więc nie miałem co płakać. Dalej znowu były jakieś drogi przez góry które już w 100% pokonywałem sam. Kolejne godziny upływały a ja starałem się jakoś przetrwać tą trasę. Pisze przetrwać bo tego inaczej już nazwać nie można. PRBR 11 Day 2 Obstacleamiętam że był szlak wyznaczony pod drutami wysokiego napięcia. Cały czas góra, dół po ścieżce szerokości ok 30cm tak akurat na zmieszczenie koła. Usiąść na kanapie się nie dało ze względów technicznych wiec trzeba było stać a stać znowu się już nie dało ze względów fizycznych. I tak kombinując pokonałem jakiś strumyk z rozjechanym podjazdem gdzie na dole była kupa błota. Znowu jedna myśl mi przewodziła, słowa Spiry żeby dać na gaz i trzymać się moto. Znowu zadziałało.
Potem było jeszcze trochę walki i w końcu dojechałem znowu do ścieżki która prowadziła trawersem stoku. I znowu jeden błąd kończył się zsunięciem moto z niemożnością wyciągnięcia go w pojedynkę. Co dobijało mnie na maxa to to ze na dole w odległości jakiś 500m była baza postoju 20min czyli chyba połowa trasy. Tak jechałem tą ścieżką aż natrafiłem na przeszkodę która była już na moim etapie zmęczenia nie do pokonania. Zwykły zwalony wyślizgany konar drzewa lezący w poprzek stoku. Może to było tylko 30cm może trochę więcej ale te 30cm było okraszone już kilkoma zsunięciami motocykla w dół. Ślady mówiły same za siebie. Najpierw była walka żeby to pokonać ale nie dałem już rady. Udało mi się tam jakoś na granicy osunięcia nawrócić i zjechać jakoś bezpiecznie bokiem. Jak dojechałem do punktu pomiaru czasu okazało się że dla mnie już jest za późno. Już nie zdążę nadrobić czasu nawet jeśli będę jechał z pełna prędkością. Oczywiście ja nie jechałem z pełna prędkością tylko z prędkością przetrwania wiec zrezygnowałem. Czekał tam na mnie Abba i chwała mu za to. Powiedział mi że za tą belką której nie pokonałem był zjazd w dół który był mega psychiczno problematyczny do pojechania. Skoro on tak mówi to pewnie ja był bym tam umarł 4 razy. To już było w tym monecie nie ważne. Nie ukończyłem dnia drugiego.RBR 11 Day 2 Abba Service
Po drodze do bazy wypadowej zabraliśmy Maca i Spire którzy byli już na mecie która była gdzieś w połowie trasy do Sibiu.
Na miejscu okazało się że Robert P miał sobie przypadek. Jeśli pamiętacie jak pomagałem wyciągnąć moto innym zawodnikom to jemu przytrafiło się to samo. Z tą różnicą że on poleciał razem z moto. Dzięki wyćwiczonym triolowym ruchom wbicia pazurów w skarpę nic mu się nie stało ale wrócił do bazy bez motocykla. Tego dnia resztką sił pojechałem z nim do lokalnej Castoramy na zakupy sprzętu wydobywczego (lin, karbinków, taśm, wyciągarek, bloczków). Następnego dnia dla niego zaczynał się inny etap przygody z Romaniacsem :)
Wieczorem już po wszystkim oddałem GPS do bazy rajdu i poinformowałem o sytuacji z czasem spędzonym na wyciągnięciu moto jednego z zawodników. Powiedzieli że nic nie wiedzą ale się dowiedzą. Wiec luzik. Zyskam trochę czasu, pomyślałem.

Dzień 3

Dzień 3 to już dla mnie była fizyczna porażka. To już nawet nie było przetrwanie. Bolał mnie bok od walnięcia poprzedniego dnia o glebę, cały bylem opuchnięty, stopy odmoczone, odcisków nie dało się policzyć, ja nie chciałem już dalej jechać. Wszyscy jednak mnie przekonywali żeby się zmusić i spróbować. Pojechałem…
Rano nie mogłem nigdzie znaleźć kasku i dzięki temu się trochę na trasę spóźniłem ale dzięki temu ruszałem razem z PRO :) Trasa zaczynała się od przejazdu przez rzeczkę potem kamienistą drogą kawałek więc luzik ale nie długi bo zaraz był zjazd w bok w gęsty las i kamienisty potok. Dużo wody i dużo kamieni tak bym go określił. Na moje szczęście to był normalny potok a nie jazda pod górę. Znowu udało mi się wyprzedzić dwóch gości i to nawet z klasy hobby. Nie wiem jak to możliwe. Czy oni tez się spóźnili czy ja tak szybko jechałem:)
RBR 11 Day 3 Nice trackFakt faktem w potokach niezłe mi szło. Jak na niećwiczony element to było całkiem całkiem.
Zapomniałem dodać że w moim EXC250 miałem magiczny przycisk zmiany mapy zapłonu który był za każdym potokiem aktywowany i przy każdym podjeździe dezaktywowany :) Generalnie działał i spełniał swoje zadanie.
Po drodze na chwile utknąłem na jakieś przeszkodzie i tam mnie minął Graham Jarvis. Po prostu śmignął jak by jechał po prostej drodze. Co było robić jak nie jechać dalej. Pewnie miał inne problemy o których ja nawet nie śniłem:)
Tak sobie jechałem tym strumieniem i nawet ciało przestawało boleć tak bardzo i odciski mniej doskwierały aż w końcu nadszedł czas zmiany. Wyjazd z potoku, skręt w lewo, ogień na gazie i wskok na jakaś skarpę. Przypominam że jesteśmy w gęstym lesie i nie widać co jest za rogiem. Na górze okazało się że był podjazd jeden z kilku tego dnia. Po prostu prosty podjazd pod górę między drzewami tyle że na ostro. No więc nie było co myśleć tylko znowu ognia i do góry. Niestety trasa była już tak przeorana że nie ujechałem za daleko. Zatrzymałem się i zacząłem kombinować jak tam wjechać boczkami. W między czasie kilku pro śmignęło znowu bez zatrzymania. Ale nie było tak łatwo jak by się wydawało nawet dla PRO. Jeden Austriacki mistrz trialowy który tym razem w zawodach startował jako latająca po trasie kamera też utkną na podjeździe z tą różnicą że nie myśląc długo zjechał na dół i zapodał z powrotem tylko pewnie na większym gazie. No i tyle go widzieli na tym etapie.
Trochę mi to zajęło ale wjechałem na górę zygzakiem. Znowu tam mi się udało wyprzedzić chyba dwóchRBR 11 Day 3 Concrete blocks zawodników z mojej klasy. Takie coś jest bardzo krzepiące i budujące na duchu. Dalej było już na luziku, jakieś połoniny, jakieś szczyty, jakieś wioski ale wszystko po gruntowych drogach albo jakiś jasnych szlakach gdzie można było ostro przycinać podziwiając przepiękne widoki. Całkiem fajnie się jedzie po trasie gdzie nagle za wzgórza wysuwa się śmigłowiec i przelatuje obok. Znowu wrażenia – bezcenne :) Znowu minął mnie PRO tak jak bym ja stał w miejscu. Do póki Chris Birch nie pokazał mi swoich pleców myślałem że ja na tych drogach jadę szybko :) Tak sobie jechałem dość długo zbytnio bez większych problem gdzie w końcu miało nadejść to co było nieuchronne i następuje po podjeździe :) Zaczął się zjazd w dół ale nie normalny tylko znowu wąskimi na szerokość opony szlakami, gdzie każdy błąd mógł zakończyć się upadkiem kilkunastu lub kilkudziesięciu metrów w dół.
Tam już walczyłem ze zmęczeniem ale jeszcze to było kontrolowane. Na własnie takim wąskim przesmyku gdzie ledwo co sam stałem, miedzy mnie a skarpę górę stoku jeszcze się wcisną jeden z PRO – Letti. Dobrze że było drzewo i się miałem czego przytrzymać bo by mnie zepchną w dół zapewne. Walczyłem tak jeszcze z 30 min aż w końcu zjechałem na dół do rzeki. Dalej trzeba było śmignąć kawałek tą rzeką gdzie czekało na nas mnóstwo ludzi. To tam był wyjazd po skarpie i po płytach i tam był kolejny przystanek 20min.
Gdy podjechałem do wyjazdu przeraziłem się nie na żarty bo te płyty mogły wyeliminować mnie z wyścigu ale kontem oka zobaczyłem że miedzy płytami a drzewem jest wyjechana już przecinka i chyba więcej było takich jak ja kombinatorów :) Wiec co, znowu ognia i co? Zawisłem na drzewie :) Luzik dodałem trochę gazu i już przeszkodę miałem za sobą. Czekały na mnie zdjęcia i autografy oraz wizyty w RBR 11 Day 3 ZIGZAGzakładach pracy:) Trochę zdziwiony zakumałem że po prostu wcisnąłem się miedzy PRO. No ale laska z tym bo to nie było najważniejsze w tym momencie. Znowu Abba czekał na mnie z jakąś przekąską, dobrym słowem i kluczem w ręce gotowym podrasować moto. 20 min minęło szybko i czas było ruszać. Prawdę mówiąc bylem w szoku że nie jestem aż tak bardzo padnięty jak dnia poprzedniego i cały czas mieszczę się w granicach czasowych. Dostałem od Abby instrukcje gdzie jest punkt tankowania bo Spira miał jakiś problem żeby się tam wbić. Dodam ze chłopaki znowu byli spory czas przede mną no i w zasadzie ja chyba zamykałem peleton rozrzucony czasowo po całej trasie.
Wiec znowu dałem gazu i zaraz za punktem tankowania był wjazd za budynki na podjazd. Podjazdem była jakaś kamienista ścieżka prowadząca w górę. Niby luzik ale znowu jest ale… Nie dość że ta ścieżka była chyba wyżłobiona w jakimś kamiennym zwalenisku to jeszcze prowadziła cały czas pod górę zygzakami zmieniającymi kierunek o 90 stopni i nie było widać jej końca. Na tej przeszkodzie dodatkowo można było sobie przeskakiwać kamienne progi itp atrakcje. A że jak już napisałem nie miała ona końca to oznaczało że w moim wypadku nie mając odpowiedniej techniku w ciągu następnych powiedzmy 30min zużyłem cały pozostały zapas energii. To była dla mnie katorga. Na samej górze znowu był jakiś pień zwalonego drzewa i oczywiście w poprzek trasy i oczywiście ślizgiem w dół. Dla wypoczętej osoby to szału nie robi pokonanie czegoś takiego ale dla ciągnących resztka sił zwłok to coś rośnie do rangi nie do pokonania. Znowu walka, znowu ból ale na moje szczęście ktoś z obsługi trasy jechał za mną i mi pomógł przeciągnąć moto na droga stronę. Nie wiem czy da się dobrze opisać ta sytuacje ale spróbujcie sobie wyobrazić jak walczę ostatkiem sił o to zęby pokonać ten pień gdzie obok mnie Darryl Curtis po prostu śmiga skokiem nie zwalniając nawet na sekundę. To trochę potrafi zdołować człowieka…
Człowiek już nie myśli chyba wtedy logicznie tylko włącza się mechanizm przerwania połączony z dążeniem po prostu przed siebie.
Wsiadłem na moto i pojechałem dalej. Tam ja już bylem fizycznym wrakiem wiec reszta była znowu walką już tylko z samym sobą.
Nie wiem dokładnie co się potem działo, pewnie gdzieś starałem się przetrwać na trasie i pewnie nie była zbyt trudna bo dawałem rade jechać dalej. Niestety dojechałem do kolejnego strumyka w którym było mnóstwo kamieni, gałęzi i błota. Prowadził ostro w górę. Na początku po prostu nauczony doświadczeniem poprzednich przeszkód po prostu dodałem gazu i starałem się wbić jak najwyżej się da z samego krótkiego rozpędu. Daleko nie zajechałem bo koło zaczęło wibrować na jakiś śliskich gałęziach. Spróbowałem kilka razy jakoś to pokonać ale nie dałem rady. W moim stanie utrzymanie się na motocyklu było problemem a co dopiero walka z nim. Zacząłem tracić oddech i gwałtownie słabnąć. Czułem że to już jest za dużo i muszę zatrzymać eis i odpocząć bo dalej już przegnę nie nażarty. Zjechałem na dół w jakiś cień i walnąłem się w krzaki. Żeby było jasne że ja nie pisze o zatrzymaniu się na chwilę żeby sobie odetchnąć. Ja nie miałem siły żeby uspokoić oddech a podniesienie ręki wiązało się z momentalnym jego przyspieszeniem.
Resztką sił zdjąłem buty i porozpinałem się żeby zluzować wszystkie zamki, ściągacze i inny safety badziew poto żeby mi wróciło poprawne krążenie. Wyciągnąłem resztki tego co miałem energetycznego do jedzenia i zacząłem się „relaksować”. Ja tam chyba usnąłem na chwile nawet :) RBR 11 Day 3 Medic PointLudzie mnie mijali i jechali dalej z mniejszymi lub większymi problemami miejsce które mnie zabiło udawało im się pokonać. W oddali słyszałem że się wbijają wyżej i wyżej. Silniki wyły na wysokich obrotach co oznaczało że łatwo tam nie jest. To było miejsce gdzie leząc powiedziałem sobie dość to już jest naprawdę ponad moje siły fizyczne bo techniki żadnej nie miałem od samego początku. Znowu ciężko w to uwierzyć ale choć byłem na maxa zaorany i zrezygnowany zacząłem czuć jak wracają mi siły i oddech się uspokaja. Sam nie wierze w to co zrobiłem choć pół godziny wcześniej doszedłem do wniosku ze rezygnuje, obrałem buty i znowu wsiadłem na moto żeby spróbować tam wjechać. Przecież miałem łatwiejsza drogę w dół do jakiejś drogi a i tak jeszcze raz postanowiłem spróbować. Co jest najciekawsze w tym wszystkim to to że udało mi się wjechać najpierw pod górę strumienia a potem w bok na trasę która prowadziła ostro w górę tam gdzie już wiedziałem że moto będzie zarzynane.
Znowu ta sama sytuacja, ostro na gaz i w górę byle tylko nie stracić przyczepności i impetu.
Zatrzymałem się gdzieś w połowie i zacząłem zarzynać moto na wszystkie sposoby jak to robili inni. Niestety moje siły ledwo co odbudowane bardzo szybko się skończyły. Próbowałem ale niestety bez pozytywnego rezultatu aż w końcu pojawili się swapersi czyli zamiatacze. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o tym. Przejechała ekipa organizatorów i tyle. Niestety jeden zszedł na dol i oznajmił mi że oni zamykają peleton i szukali mnie na trasie bo dostali wiadomość z następnego check pointu że tam nie dotarłem w wyznaczonym czasie.
Oznaczało to że cały czas który nadrobiłem na początku straciłem na zigzakowym podjeździe i leżąc aby zebrać siły na dalszą jazdę.
Jeden z chłopaków wziął mi moto i wjechał na górę a jakie to było łatwe dla niego …
Ja musiałem się dowlec na górę z buta a było ciężko w moim stanie nawet chodzić a co dopiero cisnąć pod stok.
Na górze wyjaśnili mi że dla mnie na dzisiaj to już koniec. Dostałem informacje że dalej jest w miarę prosta droga do następnego punktu medycznego gdzie dostane wskazówki jak wrócić do bazy. Na miejscu okazało się że nikogo tam nie było. Najpierw myślałem że może coś pomyliłem ale GPS wskazywał dokładne połażenie punktu pomocy. Zrobiłem kilka kółek bo może się jednak pomyliłem. To było gdzieś na wzniesieniu przy rozdrożu dróg a trasa potem prowadziła jakimiś polami w dół i w górę bez żadnych szczególnych przeszkód. Siadłem i zacząłem kombinować jak znaleźć odpowiednia drogę. Dookoła nikogo kogo można by się było spytać. Nawet jeśli by był to pewnie bym się nie dogadał no bo jedyną rzeczą jak znałem to nazwa miasta bazy i to jeszcze nie potrafiłem jej poprawnie wymówić. Tak sobie siedziałem i myślałem co zrobić jak podjechał do mnie Jesus kolejny PRO. Zatrzymał się i spytał co się stało. Powiedziałem mu że jestem OUT i szukam drogi do domu a on na to że ja mu wcześniej pomagałem z odpowiednia drogą gdzieś na trasie a teraz jak ja potrzebuje pomocy to on nie może pomóc. W porzRBR 11 Day 3 Finishądku to było w tym momencie.
No ale jego gonił czas wiec pognał dalej. Sobie myślę że kurka fajerek zawodowy nawigator z harcerskim backgroundem sobie nie da rady:) Miałem dostępny drogowskaz z dziwnymi nazwami, czubek jakiegoś wzniesienia z dobrym widokiem na okolice, GPS z pozycją oraz kompas.
W plecaku dodatkowo lokalizator w razie nie bezpieczeństwa plus zapieczętowaną mapę do użycia też w razie W. Doszedłem do wniosku że skoro wożę ten papier ze sobą a już nie jestem na trasie to go użyje. Wkoncu musialem okreslic kierunek w ktorym musze jechac.
Po krótkim zapoznaniu się z jej zawartością stwierdzam że w tym miejscu mogli by się bardziej postarać. Ja byłem tylko zmęczony ale w pełni sprawny, z dostępnymi wszystkimi nawigacyjnymi narzędziami i wiedzą i miałem problem zęby do kapować w którym miejscu się znajduje.
Mapa była wycinkiem jakiejś większej mapy a ten wycinek nie miał opisanych współrzędnych tak zęby było można się do czegoś odnieść. Druga sprawa że choć widziałem w swoim życiu wiele map to z taką się jeszcze nie spotkałem. Wycinek nie zawierał legendy mapy co sprawiało że odczytanie tego co ona chce przekazać robiło się prawie nie możliwe a dodatkowo wszystkie lokalne nazwy były po lokalno Rumuńsku.
Naprawdę zastanawiałem się jak osoba która jest naprawdę w potrzebie może skorzystać z tej mapy. Poszedłem na maksymalną łatwiznę i dzięki temu że wiedziałem gdzie na mapie jest punkt pomocy medycznej i wiedziałem w jakim kierunku geograficznym powinienem mniej więcej się poruszać żeby dojechać do ludzkości określiłem sobie trasę. Ustawiłem na GPS widok kompasu i ruszyłem w żądanym kierunku. ścieżka wiła się najpierw szczytem potem zboczami w przeróżnych kierunkach. Ale mniej więcej cały czas trzymała północny zachód co mnie zadowalało.
Tak jadac z godzne udalo mi sie dojechac do jakis pracownikow co robili jakis odcinek utwardzonej drogi i dogadalem sie z nimi ze to jest dobry kierunek do Oratie.
Ruszyłem dalej ale zacząłem brać też pod uwagę to że mam 3/4 baku paliwa i miałem przed RBR 11 Day 3 Tank Oratiesobą kawał drogi do przejechania a ja mam 2t czyli muszę coś namieszać żeby zatankować.
Na trasie do mety Romaniacsa bylo pewnie minimum jeszcze jedno tankowanie a ja nie jechałem po trasie tylko cholera wie gdzie i jak. No nic nie było co się za dużo martwić przezroczystym bakiem tylko ciąć w obranym kierunku. Jak to kiedyś jeden kapitan powiedział nie ważne jaką decyzję podejmiesz, musisz ją podjąć a najwyżej później ją poprawisz. W tym konkretnym wypadku nie było mowy o poprawce :) Dodatkowo wszystko mnie zaczynało boleć bo zeszła adrenalina i wrócił normalny stan z przed startu dzisiejszego dnia. Zaczęły odzywać się otarcia do tego stopnia że zdjąłem ochraniacze kolan bo nie dało się w nich jechać. Dupa od siedzenia była odparzona wiec albo stałem albo przerzucałem półdupki po kolej ;) Tak jadąc w cierpieniach dojechałem do jakieś ludzkości a potem do jakiejś większej wioski a potem do jakiejś większej drogi. Zacząłem się nią kierować w wcześniej określonym kierunku aż w końcu zobaczyłem drogowskaz Orastie 20km. Mówię dobra nasza ale muszę tam dojechać bo w baku już było prawie pusto. Przed samą bazą musiałem się zatrzyma żeby resztki paliwa przelać z prawego zakamarka baku do lewego ale koniec końców dojechałem. Co prawda na prawdziwych oparach ale dojechałem.
Wszyscy już tam byli i się relaksowali. Obóz mieścił się chyba w jakiejś byłej bazie wojskowej. Było tam mnóstwo odrestaurowanych pojazdów, samolotów i broni co robiło swój klima miejsca. Generalnie wszystko było zrobione na zielono.

Dzień 4

Następnego dnia chłopaki ruszyli z rana a ja już sobie odpuściłem dalsza jazdę. To było ponad moje siły a pyzatym ból żeber z upadku dnia poprzedniego nie dawał mi spokoju przy każdym ruchu. Na starcie dnia czwartego kręciłem się między zawodnikami i zobaczyłem że spóźnienia nie tylRBR 11 Day 4 Vertical slopko zdarzają się amatorom ale także PRO:) Chyba cała ekipa z RPA się spóźniła na wyznaczony start.
Miedzy nimi był Chris Birch więc człowiek dla którego taka strata możne być kwestią być no 1 czy wylądować poza podium. W końcu PRO walczy o każdą minutę. No ale takie jest życie w końcu :)
Chłopaki pojechali a ja zmieniłem się w support.
Z Abbą zapakowaliśmy graty na furę i pojechaliśmy na serwis point. Dużo się tam nie działo prawdę mówiąc wielki szacunek dla Abby i wszystkich innych wspomagających za cierpliwość i wytrwałość. Punkt znajdował się przy rzece za którą była konkretna górka. Niby nic ale… żeby zjechać z trasy na mostek trzeba było zejść z moto i wprowadzić koło na mostek bo nie dało się tam tak po prostu skręcić.
Tak było wąsko że większość korzystała z pomocy kibiców. Trasa prowadziła po wąskiej ścieżce wzdłuż zalesionego stoku. To by było na tyle w tym monecie w sprawie opisu miejscówy.
Mijał czas i pojawRBR 11 Day 4 MACintoshił się MAC.
Znowu regulacja moto, woda, banan, konserwa, kilka pytań i po 20 minutach ognia dalej. Ludzie przyjeżdżali i jechali dalej na trasę a Spiry ciągle nie było. W między czasie jakiś kolo zleciał ze skarpy prawie do samej rzeki. i poszliśmy mu pomagać wyciągnąć moto. Sam by nic tam nie zrobił bo tak było stromo i tak mało miejsca na jakiekolwiek ruchy. Nagle dostaliśmy wiadomość od Spiry że jest jakieś 500m od naszego punktu i potrzebuje pomocy żeby wytachać moto z jakiejś dziury i brakuje mu wody do picia.
Skoro on napisał coś takiego to oznacza ze musi być grubo.
Ja zabrałem camelbaga i razem z Abba uderzyliśmy wzdłuż trasy. To co zobaczyłem zaraz za mostkiem mnie zabiło.
To był jak dla mnie prawie  pionowy zjazd w dół po kamienistych ścieżkach.
Miałem problemy aby wejść na górę takie było strome nachylenie i tak było sypko. Udało się dojść na górę ale już samemu bo Abba pognał jak kozica tak że nie mogłem za nim nadRBR 11 Day 4 Conanążyć na moich opuchniętych kulasach. Nie wiem ile szedłem ale wypiłem sam cala wodę camelbaga żeby w ogóle tam wejść:)
Napewno przeszlismy wiecej niz 500m do punktu i nikogo nie znalezlismy. To bylo 500m w gorach a nie po prostym ze tak powiem. Jak wracaliśmy to zobaczyliśmy ze trasa w jednym miejscu się schodzi z PRO, Expert i Hobby i pewnie poszliśmy w zła stronę.
Abba dostał wiadomość ze Spira dojechał o własnych siłach i możemy wracać.
I tu sie dla mnie zaczely prawdziwe schody. Wejscie bylo niczym w porownaniu z zejsciem na dol po tej skarpie. A zawodnicy musieli to zrobić razem z minimum 100kg enduro. Może i było to do zrobienia ale stan moich nóg nie pozwalał mi nawet na proste zejście wiec nie wiem jak ja bym to robił gdybym jechał tam jechał… Jak dotarliśmy na dół to już tam nikogo nie było więc zapakowaliśmy się w busa i pojechaliśmy na metę. Przed samym wjazdem do Sibiu zaczął padać deszcz co pewnie ostudził trochę chłopaków i dodał kolejnych atrakcji do trasy.
Na sam wRBR 11 Day 4 Escarpmentjazd na metę się spóźniliśmy więc nie ma się co rozpisywać.. Sama meta była umiejscawiana na rynku Sibiu. Rajd kończył się podjazdem po deskach położonych na schodach wprost pod dmuchany banner Redbulla. Ale wracając do nas to Spira i Mac byli już i czekali na nas w parku maszyn a deszcz cały czas padał…
Był tam też Robert P który dzień wcześniej w pocie czulą wyciągnął moto z przepaści więc wrażeń nikomu nie brakowało. Przez ten deszcz wszyscy się gdzieś pochowali. Generalnie w parku zaistniała pustka. Wieczorem była impreza na zakończenie z rozdaniem pamiątkowych medali i to by było na tyle. Następnego dnia z rana ruszyliśmy tak samo jak przyjechaliśmy w drogę powrotną. Abba prowadził dzielnie aż za Katowice. Zrobiliśmy krótką drzemkę tam w jakimś motelu i już wieczorem byliśmy w domu.

Epilog

Reasumując cały wyjazd to tak: Po pierwsze jestem w szoku że przy moim nastawieniu przed samym wyjazdem tak daleko dojechałem.
Każda przeszkoda mnie przerastała a jednak udawało mi się je pokonywać i jechałem dalej.
Moto które nabyłem drogą wielu kombinacji i w końcu kupna było strzałem w dziesiątkę.
Nie wiem czy 250 czy 300 w 2t jest lepsze. Zdania są podzielone ale ja wiem że gdybym jechał na starej 400 nie ukończył bym pewnie pierwszego podjazdowego strumienia.
Magiczny przycisk do zmiany map zapłonu działał jak należny i w tedy kiedy chciałem redukował mi moc tak że moto było potulne i nie robiło mi niespodzianek. Ani razu nie zagotowałem płynu w chłodnicy wiec przechwytywacz moczu MACa i wentylator zdały swoje zadanie.
Stare mosussy od Spiry dawały niesamowitą przyczepność. Do tego stopnia że ja już zapomniałem i nie zamierzam pamiętać co to dętka :)
Na trasie zauważyłem pewną zależność że za każdym ślepym zakrętem należało zredukować do 1nki i dać ostro w palnik bo najprawdopodobniej będzie ostry podjazd i szkoda by było zatrzymać się w jego połowie.
Jak już daje się w palnik to wystarczy trzymać się moto a ono nas zaniesie z mniejszą lub większą klasą na szczyt :)
Warto jeździć na takie zawody bo pokonuje się swoje słabości. W domu nigdy bym nie pchał się w coś takiego co byłem zmuszony pokonywać. W domu jest opcja a na rajdzie już jej nie ma.
Co do organizatorów trasy to zrobili przednią robotę. Na upartego można było jechać bez GPS bo tak była dobrze otasiemkowana.
Jak już wcześniej mapa która była do użycia tylko w razie niebezpieczeństwa jest do niczego.
A i jeszcze jedno co do tematu pomocy na trasie i odliczeniu czasu. Na trasie spotkałem Martina i spytałem czemu nie odliczono mi czasu za pomoc tak jak jest mowa w regulaminie.
Odpowiedź była że nie wie o czym mówię. Są dwie opcje. Albo mnie i nie tylko mnie ktoś oszukał na trasie albo jako ludzie zamykający peleton zostaliśmy po prostu zignorowani. Wydaje się że regulamin jest regulaminem ale chyba nie dla wszystkich nim był. Czy pojadę raz jeszcze? Czy warto było jechać? Na pewno będę się starał bo warto przeżyć taką przygodę.

No i na koniec wielki szacun dla Abby 89racing który dzielnie reanimował nas i moto. Bez jego wsparcia Romaniacs był by jeszcze bardziej wymagajacotrudny :)

(Visited 326 times, 1 visits today)